Zapiski pod wieloma względami emigranta
Blog > Komentarze do wpisu
Austriackie gadanie
Mimo pięknej pogody zaciągnęło mnie coś do kina. W M. odbywa się właśnie Wielki Festiwal Filmowy, jednym z wątków jest retrospektywa twórczości austriackiego reżysera Ulricha Seidla. Jako żarliwy miłośnik austriackiego czarnego humoru aż podskoczyłem z radości, że oto otwierają się przede mną nowe horyzonty. Podskoczyłem i wskoczyłem, na rower, a potem do kina, patataj patataj na "Hundstage". Rozkładam się wygodnie w fotelu, film się zaczyna i już widzę, że warto było wydać parę euro na bilet. Oto bowiem znowu jestem w tej Austrii, którą znam z tylu filmów. Autostrada, słońce niby świeci pięknie, ale już za chwilę widać, że znów chodzi o to samo - a więc, że "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". Co pasuje do mojej prywatnej teorii, że sztuka w Austrii zajmuje się głównie zaglądaniem pod podszewkę ślicznej codzienności i szukaniem tam brudów, ewentualnie Nataschy Kampusch w piwnicy. Mają coś takiego filmy z Haderem, książki Jelinek i karykatury Haderera.

Świetnie, temat i podejście już znam, więc podoba mi się. Osiedle domków jednorodzinnych, ktoś wielki brzuch wystawia do słońca, tu jakaś pani w biustonoszu, para na leżakach koło betoniarki, nieźle, myślę sobie, w końcu ktoś zekranizował Haderera, pewnie pozazdrościł facet kariery filmowej Königowi i się upomniał. Film rozwija się jak to w Austrii - od drobnych śmiesznostek do przemocy na całego, wszystko przeplatane obficie bezpruderyjnym i nieapetycznym seksem. Zachwyca mnie to, taki klasyczny film, mieszczaństwo, seks i przemoc, a wszystko z humorem, po prostu sztuka austriacka (należy wyobrazić sobie mieszankę Barei z "Psami" i "Pianistką"). Pod koniec wprawdzie mam trochę dosyć wrzasków i szarpaniny, ale ogólnie jest dobrze. W końcu tego się spodziewałem i na to przyszedłem.

Zapala się światło, a tu niespodzianka. Jest z nami twórca. Padają różne pytania, a jak, a co, itd. Mnie też język świerzbi, każdy były prymus ma ochotę wymądrzyć się publicznie. W końcu dostaję swoje pięć minut i pytam, licząc naiwnie na zachwyt nad celnością moich skojarzeń: "Pańskie ujęcia są podobne do sposobu przedstawiania rzeczywistości u karykaturzystów austriackich, takich jak Deix czy Haderer. Czy to tylko przypadek czy coś więcej?". O-o. Widzę, jak reżyser lekko sztywnieje. Nie, żadnego podobieństwa nie ma, karykatury to jedno, a to jest film, obserwacja rzeczywistości. Ja ciągle jeszcze upojony swoją obserwacją: "Ale podobieństwo jest naprawdę uderzające!" Na to on już z grubej rury: "Ale ja nie filmuję karykatur, tylko ludzi.". Kropka, następny proszę. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że palnąłem straszną gafę. Powiedzieć, że się podoba, wiadomo, dobrze; że się nie podoba też nieźle, zawsze będzie mógł opowiadać, że ma przeciwników i jest prześladowany. Ale porównać Dzieło do karykatury? Toż chyba bardziej Tfurcy obrazić się nie da.

Tym bardziej, że przecież porównanie jest z gruntu fałszywe, w końcu karykaturzyści nie ludźmi się zajmują, rysują głównie marchewki.




Gerhard Haderer "Miłość romantyczna" (tu źródło)
niedziela, 27 czerwca 2010, ticotico
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: