Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 10 października 2010
Przypadkowe zakończenie
W tym miejscu kończy się ten blog. Kończy się tak samo przypadkowo, jak się zaczął. Nie mam czasu, nie mam ochoty i myślę, że formuła się wyczerpała - ile razy można pisać o Oktoberfest albo zachwycać się bawarskim błekitnym niebem... Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali, zwłaszcza tym, którzy zadawali sobie trud pisania komentarzy. Do usłyszenia, do zobaczenia, może w kolejnym blogu, gdzieś kiedyś. Serdeczne pozdrowienia z Monachium, ticotico
02:37, ticotico
Link Komentarze (4) »
czwartek, 16 września 2010
Niezwykłość przestrzeni
A po ognistym czarnoksiężniku: kryształowy chłód przestrzeni międzyplanetarnej... I jej osobliwa pustka




wtorek, 07 września 2010
Oczy czarnoksiężnika
Genialne... Słucham maniakalnie dniem i nocą.



A tutaj tłumaczenie na angielski.
środa, 25 sierpnia 2010
Kto pyta, a kto nie pyta
Mąż pojechał służbowo do Warszawy, na dłuższy czas. I opowiada mi o swoich wrażeniach, a że ciekawe, więc może coś z tego streszczę. Ostatnim tematem była komunikacja w pracy czyli kwestia pt. "pytać nie pytać".

Różnice między Polską a Niemcami widać już w szkole. Córka koleżanki z pracy była na wymianie młodzieżowej gdzieś pod Wrocławiem. Bardzo jej się podobało, wróciła zachwycona krajem i ludźmi, tylko jedno ją zaszokowało. "Oni w ogóle się nie odzywają na lekcjach!", stwierdziła, "Nauczyciel od angielskiego cieszył się, że my byliśmy, bo z polskiej grupy nikt nie zadawał żadnych pytań".

Mnie to akurat nie zdziwiło. Pamiętam jeszcze atmosferę w szkole - nikt się nie odzywał, bo za "głupie pytania" albo nieprawidłową odpowiedź można było zabrać minusy. Ten, kto pytał, odsłaniał swoją niewiedzę i ryzykował, że nauczyciel a) uzna go za nieuka b) sam zacznie pytać. Dlatego lepiej było siedzieć cicho i nie wychylać się. Nasz niemiecki lektor na studiach rwał włosy z głowy, bo w dwudziestoosobowej grupie po zadaniu najniewinniejszego pytania zapadała cisza. W końcu nauczył się wyrywać studentów do odpowiedzi.

W Niemczech jest inaczej. Podobno już w szkole dostaje się oceny za aktywność. Jeśli ktoś się nie udziela, tylko siedzi i przeczekuje, to nie za dobrze wypada. Na zajeciach moi koledzy i koleżanki zadawali bez żenady najgłupsze pytania, a wykładowca bez mrugnięcia okiem na nie odpowiadał. Przecierałem oczy, bo jego cierpliwość wydawała mi się nadludzka. A tymczasem było to po prostu przyzwyczajenie i od dziecka wpojone przeświadczenie, że jeżeli ktoś czegoś nie wie, to trzeba mu to wytłumaczyć.

I to działa, nie tylko w szkole. W pracy jest tak samo. Nowy pracownik jest wprowadzany w swoje zadania systematycznie i szczegółowo, ma opiekuna, który przerabia z nim listę tematów, od tych dotyczących pracy do organizacyjnych typu "co zrobić, jak skończą mi się ołówki". Nowy pracownik ma prawo zawracać wszystkim głowę i nikt się nie dziwi. Czasem aż wstyd mi było, że ktoś mi tak wszystko tłumaczy, jak pastuch kozie. Ale pytań się oczekuje, wg zasady "Lepiej przyjdź i zapytaj, niżbyś miał zmarnować pół dnia na dowiadywanie się w inny sposób".

Mąź już bardzo się zniemczył, co tu ukrywać, więc podświadomie oczekiwał takiego podejścia do komunikacji w Warszawie. A tymczasem zaskoczenie. Jakieś tam wprowadzenie było, ale po łebkach na zasadzie "po co sobie zawracać głowę szczegółami". Na jedno, raczej ważne pytanie dostał odpowiedź: "A to ty nie wiesz?", wraz z sugestią, żeby sobie poszukał. A najśmieszniej wyszło, kiedy on z kolei coś tłumaczył koledze, który niedawno zaczął pracę. Tłumaczył z przyzwyczajenia tak jak w Niemczech, czyli jak krowie na rowie. Kolega słuchał, ale wydawał się lekko zniecierpliwiony. Pewnie czuł się młody, zdolny i atrakcyjny i nie rozumiał, czemu ktoś go traktuje jak drugoroczniaka.

Moja teoria: wymiana informacji w Polsce jest kwestią delikatną, trzeba uważać, żeby żadna ze stron uczestniczących w transakcji nie straciła twarzy. Dawca informacji musi ograniczać ilość informacji, żeby odbiorca nie poczuł się zlekceważony. Natomiast biorca nie powinien za dużo pytać, żeby dawca nie uznał go za ignoranta.

Konsekwencje różnic? W Niemczech bardzo dużą część czasu pracy zajmują spotkania, narady, maile i ogólnie wymiana informacji. Na naradach wybuchają dyskusje nt. najgłupszych detali, bo pracownicy nie boją się wyrażać własnego zdania. Czasem ma się dość ględzenia i chciałoby się wreszcie po prostu zabrać do pracy, zamiast lecieć na kolejne spotkanie. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko ględzenie się opłaca i jakość produktów na tym korzysta.

W Polsce? Komunikacja chyba troszkę kuleje, wiele rzeczy zostawia się na pastwę radosnej twórczości pracowników. Czas marnuje się gdzie indziej: wiele osób siedzi i próbuje coś tworzyć na własną rękę, żeby tylko nie musieć się poniżyć pytaniem o radę. Pamiętam, że w pierwszych miesiącach pracy tutaj wiele czasu zmarnowałem na wyważanie otwartych drzwi, właśnie dlatego, że nie byłem przyzwyczajony pytać. Jeszcze jeden przykład z opowieści męża: Na spotkaniu międzynarodowym Niemka zadawała mnóstwo pytań. Polki patrzyły na nią z lekkim poirytowaniem: po co pyta, przecież może sobie znaleźć odpowiedzi sama. Tyle że ona po naradzie już wszystko miała zapisane, a one dopiero musiały zabrać się za szukanie.

No i jak się podobało? Nie, lepiej nie odpowiadajcie :)
niedziela, 18 lipca 2010
Droga pani telewizjo czyli moja wersja EuroPride
Ojciec mojej koleżanki z podstawówki nakleił swego czasu na telewizorze napis "Wszystko kłamstwo". Napis miał przypominać o komunistycznej propagandzie i wzywać do czujności podczas oglądania telewizji.

Nie wiem, czy telewizor z napisem jeszcze stoi. Komunistyczna propaganda od dawna należy do przeszłości, ale natura nie znosi próżni, więc jej miejsce zajęła manipulacja, bardziej subtelna i wyrafinowana.

Wczoraj byliśmy na EuroPride w Warszawie. Zastanawialiśmy się, czy wziąć udział w tej imprezie. Przede wszystkim, mieliśmy spore obawy o własne bezpieczeństwo, nafaszerowani obrazami maszerujących tłumów wszechpolaków. Ale po tylu niemieckich paradach, w których wzięliśmy udział, postanowiliśmy wreszcie wesprzeć Polskę.

Dzień zaczął się piękny, nawet przesadnie, bo o 13-tej było już dobrze powyżej 30 stopni. Na Placu Bankowym kłębił się radosny, kolorowy tłum. Kolorowy przede wszystkim z powodu tęczowych flag - przebierańców i drag queen było nie za dużo, w końcu Polacy są grzeczni i porządni... A może po prostu nie chcieli prowokować?



Ruszyliśmy. Ja z lekką drżączką, zastanawiając się, z której strony polecą jajka czy kamienie. Idąc zauważyłem gdzieś w kącie placu małą grupkę otoczoną szczelnie kordonem policji. Coś tam skandowali, było parę podniesionych pięści, ale nie za bardzo było widać. Zresztą zaraz zostali z tyłu.



No i idziemy, idziemy, w tłumie. Po bokach przemykają policjanci w odblaskowych kamizelkach. A na chodnikach stoją ludzie. I patrzą, robią zdjęcia, machają. Z okien też się patrzą, ktoś trzyma tęczową chorągiewkę. Gdzie te jajka?



Po godzinie po prawej wreszcie grupka z "Zakazem pedałowania". Robię zdjęcia, ale ciężko to idzie, bo gapie i policjanci zasłaniają, a ich jest może ze 20 osób. No i już ich minęliśmy, po ptokach, więcej zdjęć nie będzie. "W tym roku i tak ich dużo", mówi znajomy Tomek z Warszawy. Dużo? To czego ja się bałem?



Naszym przeciwnikiem okazują się nie prawicowcy, a upał. Trasa zostaje lekko skrócona i po 16 docieramy na Plac Konstytucji, spaleni słońcem, zmęczeni, ale roześmiani i szczęśliwi. Gra muzyka z plaform, ludzie tańczą. Teraz przydałby się jakiś wielki koncert na placu, ale niestety organizatorzy nie przewidzieli. Więc powoli, powoli rozchodzimy się. Napompowani radosną energią. Że jesteśmy. Że jest nas tak dużo. Że mogliśmy głośno powiedzieć, o co nam chodzi, idąc ulicami Warszawy w słoneczny dzień.



Taka jest moja wersja. Inne wersje znajdziecie w Gazecie Wyborczej, na Homikach i w różnych innych miejscach. Np. na stronach różnych telewizji.

Taak. Tutaj mina mi zrzedła. Polsat: maszerujące tłumy wszechpolaków, wywiad z wszechpolakiem, dwie cioty. TVN: maszerujące tłumy wszechpolaków, szamotanina z policją, parę drag queen. TVP Info: wszechpolacy, drag queen, przebierańcy. Myślałby kto, że parada była jakąś bitwą między facetami w glanach i facetami na szpilkach. Bitwą bardziej krwawą niż pod Grunwaldem. W której wzięły udział dwie armie, ta wielka wszechpolska i ta mniejsza gejowska. A tymczasem wszechpolaków było tylko 300-tu, a parada liczyła 8 tysięcy!

Ale mogło być 100 tysięcy, tyle tylko, że telewizja polska, publiczna i komercyjna, zastrasza lesbijki i gejów pokazując im przerysowane obrazy przemocy. A konserwatywną część społeczeństwa podjudza obrazami drag queen i rozebranych facetów, których z tak wielkim trudem reporterzy wyszukali w tłumie normalniaków. Jedna wielka manipulacja, która od lat świetnie służy interesom rządzącej prawicy. No i oczywiście podniesieniu oglądalności.

Dlatego zachęcam: przyjedźcie za rok i przekonajcie się sami!
środa, 14 lipca 2010
Z urlopu
Już się kończy. Fajnie było, ale coś nam się nie udało - dostać się na dzisiejszy koncert Estrelli Morente w Cueva de Nerja. Estrella Morente to głos Penelope Cruz w piosence "Volver" z filmu pod tym samym tytułem. A oto, co straciliśmy:



czwartek, 08 lipca 2010
Przegrać z honorem

Niemcy przegrały wczoraj mecz 0:1, zasłużenie, bo Hiszpania była lepsza. Dzisiaj na portalu GMX artykuł pt. "Cała Hiszpania świętuje 'Czerwoną' ", o tym co działo się w Hiszpanii po zwycięstwie. Artykuł zaczyna się od słów:

Troski związane z kryzysem gospodarczym i wysokim bezrobociem jakby się ulotniły.

Jasne. Artykuł jest o piłce nożnej, ale przeciwnikowi należy subtelnie przypomnieć, że gospodarczo stoi dużo, dużo niżej niż Mistrz Światowego Eksporu Niemcy ("Exportweltmeister" to jedno z ulubionych określeń niemieckich dziennikarzy, kiedy piszą o swoim kraju). Niemcy nie umieją przegrywać. Fakt, mało kto umie, ale z nich wychodzi wtedy coś bardzo brzydkiego i zaczynają się chwyty poniżej pasa. Kompleks rasy panów? Mają taki dziwny pęd do potwierdzania swojej wyższości, a kiedy się nie uda, zaczyna się szukanie wymówek, czyt. wszystkiemu są winne jakieś ciemne machinacje innych.

Ciekaw jestem, jak sobie dzisiaj radzi w pracy mój hiszpański kolega. Nam na szczęście udało się wczoraj poświętować z Hiszpanami, "mimo trosk związanych z kryzysem i wysokim bezrobociem"...

niedziela, 04 lipca 2010
Zgoda narodowa cyli strasna zaba
Zgoda buduje! Wspólnym wysiłkiem! Nie ma wolności bez solidarności! Taka jest prawda o Polsce!

Nie wiem, czy Komorowski był w seminarium, ale nieźle kopiuje styl kazania, same wielkie hasła, banały i pustosłowie. Gdzie jakieś konkrety dotyczące prezydentury? Czy naprawdę największym problemem Polaków jest brak zgody narodowej?

Tak mnie rozpuścił pobyt w Niemczech, tutaj też kandydaci obiecują gwiazdkę z nieba, a potem wypinają się na wyborców - ale obiecują konkrety - obniżenie podatków, lepszą edukację, zwiększenie pomocy socjalnej. A ja z kampanii Komorowskiego dowiedziałem się głównie, że ma pięcioro dzieci, czym odróżnia się od podejrzanego singla Kaczyńskiego. Nie cierpię Kaczyńskiego, ale uważam, że zarzucanie mu, że jest kawalerem (w podtekście: gejem) to najlepszy dowód, że Platforma od PiS-u różni się głównie nazwą. A poglądy obu partii są te same i jedynie słuszne...

Koniec marudzenia, ciekaw jestem, jak teraz Platforma rozwinie skrzydła i jak Polska pod jej rządami rozkwitnie. A na deser wierszyk, który mi przyszedł do głowy, kiedy słuchałem Komorowskiego. Wierszyk z roku 1936, czy coś się od tego czasu zmieniło???



KONSTANTY  ILDEFONS  GAŁCZYŃSKI

Strasna zaba
wiersz dla sepleniących

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;

wychodzą ze sklepu,
pani w sloch, w ksyk i w lament:
- Męzu, och, och! popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mówi: - Zecywiście coś skace po trotuaze!

cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;

zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona -
nie wypada, zeby Warsawa
była na "takie coś" narazona.

Dzwonili, dzwonili i po tsech latach
wrescie schwytano zabę koło Nowego Świata;
a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość,
uządzono historycną urocystość;

ustawiono trybuny,
spędzono tłumy,
"Stselców" i "Federastów" -
słowem, całe miasto.

Potem na trybunę wesła Wysoka Figura
i kiedy odgzmiały wsystkie "hurra",
Wysoka Figura zece tak:

- Wspólnym wysiłkiem ządu i społeceństwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa -
panowie, do góry głowy i syje!

A społeceństwo: - Zecywiście,
dobze, ze tę zabę złapaliście,
wsyscy pseto zawołajmy: "Niech zyje!"


Niemcy nie Ameryka
Dwie baby wychodzą z konsulatu na Röntgenstraße, jedna ociera pot z czoła i z oburzeniem mówi do drugiej:

- A w Ameryce pewnie głosują na tego debila!
niedziela, 27 czerwca 2010
Austriackie gadanie
Mimo pięknej pogody zaciągnęło mnie coś do kina. W M. odbywa się właśnie Wielki Festiwal Filmowy, jednym z wątków jest retrospektywa twórczości austriackiego reżysera Ulricha Seidla. Jako żarliwy miłośnik austriackiego czarnego humoru aż podskoczyłem z radości, że oto otwierają się przede mną nowe horyzonty. Podskoczyłem i wskoczyłem, na rower, a potem do kina, patataj patataj na "Hundstage". Rozkładam się wygodnie w fotelu, film się zaczyna i już widzę, że warto było wydać parę euro na bilet. Oto bowiem znowu jestem w tej Austrii, którą znam z tylu filmów. Autostrada, słońce niby świeci pięknie, ale już za chwilę widać, że znów chodzi o to samo - a więc, że "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". Co pasuje do mojej prywatnej teorii, że sztuka w Austrii zajmuje się głównie zaglądaniem pod podszewkę ślicznej codzienności i szukaniem tam brudów, ewentualnie Nataschy Kampusch w piwnicy. Mają coś takiego filmy z Haderem, książki Jelinek i karykatury Haderera.

Świetnie, temat i podejście już znam, więc podoba mi się. Osiedle domków jednorodzinnych, ktoś wielki brzuch wystawia do słońca, tu jakaś pani w biustonoszu, para na leżakach koło betoniarki, nieźle, myślę sobie, w końcu ktoś zekranizował Haderera, pewnie pozazdrościł facet kariery filmowej Königowi i się upomniał. Film rozwija się jak to w Austrii - od drobnych śmiesznostek do przemocy na całego, wszystko przeplatane obficie bezpruderyjnym i nieapetycznym seksem. Zachwyca mnie to, taki klasyczny film, mieszczaństwo, seks i przemoc, a wszystko z humorem, po prostu sztuka austriacka (należy wyobrazić sobie mieszankę Barei z "Psami" i "Pianistką"). Pod koniec wprawdzie mam trochę dosyć wrzasków i szarpaniny, ale ogólnie jest dobrze. W końcu tego się spodziewałem i na to przyszedłem.

Zapala się światło, a tu niespodzianka. Jest z nami twórca. Padają różne pytania, a jak, a co, itd. Mnie też język świerzbi, każdy były prymus ma ochotę wymądrzyć się publicznie. W końcu dostaję swoje pięć minut i pytam, licząc naiwnie na zachwyt nad celnością moich skojarzeń: "Pańskie ujęcia są podobne do sposobu przedstawiania rzeczywistości u karykaturzystów austriackich, takich jak Deix czy Haderer. Czy to tylko przypadek czy coś więcej?". O-o. Widzę, jak reżyser lekko sztywnieje. Nie, żadnego podobieństwa nie ma, karykatury to jedno, a to jest film, obserwacja rzeczywistości. Ja ciągle jeszcze upojony swoją obserwacją: "Ale podobieństwo jest naprawdę uderzające!" Na to on już z grubej rury: "Ale ja nie filmuję karykatur, tylko ludzi.". Kropka, następny proszę. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że palnąłem straszną gafę. Powiedzieć, że się podoba, wiadomo, dobrze; że się nie podoba też nieźle, zawsze będzie mógł opowiadać, że ma przeciwników i jest prześladowany. Ale porównać Dzieło do karykatury? Toż chyba bardziej Tfurcy obrazić się nie da.

Tym bardziej, że przecież porównanie jest z gruntu fałszywe, w końcu karykaturzyści nie ludźmi się zajmują, rysują głównie marchewki.




Gerhard Haderer "Miłość romantyczna" (tu źródło)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26