Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Słowa na emigracji
Trudno uwierzyć, ile polskich słów pochodzi z niemieckiego. Dach, fach, durszlak, szlafrok i szlafmyca to tylko wierzchołek góry lodowej. Żyjąc tutaj, raz po raz odkrywam utajone germanizmy. Tak jak np. słówko "wihajster":
  • wihajster pot. «przyrząd lub narzędzie, zwykle małe, o nazwie nieznanej mówiącemu albo chwilowo przez niego zapomnianej» (definicja ze słownika języka polskiego PWN)
Skąd się wzięło to słówko? Otóż z niemieckiej frazy "wie heisst er" w znaczeniu "no, jak mu tam" (używanej, kiedy się zapomniało jakiegoś imienia czy nazwy). Niecodzienna geneza, i dość zabawna...

Nie tylko polski czerpał z niemieckiego. Bestselerem stała się tutaj ostatnio książka "Ausgewanderte Wörter" ("Słowa na emigracji"), która przedstawia historie niemieckich zapożyczeń w różnych językach - np. "kindergarten" czy "weltschmerz" (angielski), "Kaffepausi" (fiński) czy "noirooze" (Neurose, nerwica po japońsku :). Kto by pomyślał, że aż tyle i że tak daleko... No, może tylko trudno się zgodzić z aneksją słówka "okay" (miałoby być skrótem od niemieckiego wyrażenia "ohne Korrektur"), bo na jego pochodzenie istnieje cała masa teorii.
Lektion 3: Z wizytą u przyjaciół
Wybierałem się kiedyś na proszoną kolację do znajomej niemieckiej pary i zamarłem. Niedziela wieczór, wszystkie sklepy zamknięte, a ja nie mam w domu żadnego alkoholu ani niczego, co można by wziąć jako prezent (w mojej rodzinie, żyjącej jeszcze lwowską tradycją, to prawdziwa katastrofa). Ale po chwili odetchnąłem z ulgą. Miałem przecież butelkę wyjątkowego austriackiego wina od przyjaciół w Grazu. Dobra okazja, żeby je otworzyć i wreszcie spróbować. Zapakowałem wino i poszedłem. Gospodarze przywitali się ze mną serdecznie, stwierdzili, że naprawdę nie trzeba było (to o winie), po czym odstawili butelkę do barku. Nigdy go już nie zobaczyłem, więc nie powiem wam, jak smakuje wino z Grazu. Za to kolacja była przepyszna i wino przygotowane przez gospodarzy naprawdę wspaniale pasowało do potraw, ha ha.

Klasyczny przykład nieporozumienia na gruncie kulturowym. Z tego co pamiętam (proszę mnie w razie czego skorygować), w Polsce stawia się przyniesione przez gości wiktuały czy alkohol od razu na stół, bezwiednie i odruchowo. Jeśli jedzenie jest zapakowane (np. paczka ciastek), to się je rozpakowuje, żeby zachęcić do konsumpcji. Reguła jest taka, że tego typu prezentem należy się podzielić z ofiarodawcą, żeby nie narazić się na zarzut skąpstwa. W Niemczech, jak wiele polskich reguł grzeczności, ta akurat nie obowiązuje. Prezent może wylądować na stole ("Ach, wspaniale, bo nie mamy wina"), ale nie musi ("Wiesz, czerwone lepiej pasuje do pieczeni niż to"). I nie chodzi tu o brak gościnności, bo Niemcy potrafią być bardzo gościnni, ale o zasady, które się nieświadomie stosuje.

Zabawne, że na własną kulturę można spojrzeć dopiero z zewnątrz. Druga reguła, którą tutaj odkryłem, dotyczy zabierania do domu żywności czy napojów nieskonsumowanych. W Polsce absolutne tabu - to, co przekroczyło próg domostwa gospodarza, staje się jego własnością i tylko skąpiec bez cienia honoru mógłby w ogóle pomyśleć o zabraniu do domu nietkniętej paczki Delicji. Coś takiego można zrobić tylko wtedy, gdy gospodarz serdecznie nalega, a i tak wypada się bronić. Jak jest w Niemczech, nie przetestowałem do końca, bo honor nie pozwalał mi nawet wspomnieć o winie z Grazu (fałszywa duma...?). Ale podejrzewam, że i ta reguła nie obowiązuje, albo jest przynajmniej słabsza. Wczoraj byli u mnie znajomi Niemcy, przynieśli parę piw, bardzo było miło, dyskutowaliśmy, piwo chłodziło się w lodówce, na koniec zostały jeszcze ze trzy butelki, bo już nikt nie miał ochoty. Kiedy otworzyłem lodówkę dzisiaj rano, piw już nie było. Widocznie znajomi zapakowali je z powrotem przed pójściem do domu :) Wynika z tego, że, inaczej niż w Polsce, alkohol przyniesiony jako prezent pozostaje własnością gościa, który tylko użycza go gospodarzom, ale zachowuje swoje prawa własności (i dlatego moze potem resztkę zabrać do domu, bez czekania na to, że gospodarz mu to zaproponuje).

W polskiej tradycji kulturowej bardzo ważne są uprzejme pozory, zachowanie twarzy; lepiej stracić dobra materialne niż honor, "zastaw się a postaw się". Głównym źródłem norm kultury polskiej jest kultura szlachecka, jak twierdzi profesor Janusz Tazbir, bodajże w książce "Kultura szlachecka w Polsce". Za to kultura niemiecka wywodzi się z kultury mieszczańskiej, gdzie dobra materialne odgrywały ważną rolę. Może dlatego mniej w Niemczech uprzejmej hipokryzji, może dlatego tyle się tu mówi na codzień o pieniądzach i dlatego wydaje się Polakom, że Niemcy są zupełnie pozbawieni honoru. A może winne jest załamanie się norm po drugiej wojnie światowej? Chętnie przeczytałbym jakąś pracę, która mi to wyjaśni. Antropolodzy, kulturoznawcy, socjologowie, do dzieła, temat co najmniej na pracę magisterską! A może ktoś podpowie odpowiedni tytuł?
niedziela, 28 stycznia 2007
Parkowe szaleństwo
Wspaniała pogoda - błękitne niebo, ciepły, prawie wiosenny wietrzyk,a pod nogami śnieg, jest go tyle, że trochę potrwa, zanim się roztopi. W parkach stoją szpalery mniejszych i większych bałwanów, a wszystkie wzniesienia oblegają tłumy matek i ojców (w roli obserwatorów) oraz dzieci, które w rozkosznym transie zjeżdżają z górki na rozmaitych modelach sanek.

Monachium jest pełne parków, a parki pełne ludzi, ze szczytem frekwencji w niedzielę (w niedzielę wszystkie sklepy są zamknięte i kto nie wyjeżdża za miasto, ten udaje się na choćby krótki spacer - do parku). Park w Monachium to nie nudny labirynt alejek, z ławkami dla staruszków i zakazem deptania trawników. Tutaj leży się na trawie z książką (choćby w garniturze czy modnej kreacji), gra w piłkę albo na bębnach, ćwiczy żonglerkę, piknikuje, że pominę takie oczywistości jak bieganie czy jazda na rowerze. Ukochany park monachijczyków to oczywiście olbrzymi Englischer Garten (z łączką dla naturystów, o której głośno w całych Niemczech i chyba też za granicą). Ktoś mi kiedyś powiedział, że Englisher Garten to ogród zastępczy dla tych, którzy w mieście nie mają szans na własny kawałek zieleni i dlatego nie wolno w nim ludzi ograniczać, bo park jest po to, żeby odpocząć. Dla mnie, wychowanego na tabliczkach z zakazami, rewolucyjna idea.
sobota, 27 stycznia 2007
Tysiąc twarzy Chlamidy
Wyborcza czasami zbliża się niebezpiecznie do poziomu SuperExpresu. Wiadomość o sfotografowaniu rekina Chlamydoselachus anguineus brzmi tak, jakby odkryto nową latimerię czy potwora z Rowu Mariańskiego.

A swoją drogą stworzenie jest niezwykle fotogeniczne. Raz wygląda jak prawdziwy potwór z głębin, a potem znów jak uśmiechnięty przybysz z kosmosu (już po sekcji w NASA).

Potwór z głębin       Jestem sympatycznym przybyszem z kosmosu
środa, 24 stycznia 2007
Hołd dla Kapuścińskiego w B5 Aktuell
Bawarskie radio Bayern 5 Aktuell uczciło Kapuścińskiego, przedstawiając na antenie jego krótki portret (przytoczyli tam m.in. zdanie Salmana Rushdiego, że jeden Kapuściński wart jest tysiąca fantazjujących gryzipiórków). Spiker nauczył się nawet poprawnie wymawiać nazwisko, chociaż ciężko mu to szło (Kapusz..czinski).
U-Bahnem po Narnii
Wczoraj i dzisiaj spadło chyba ze 20 cm śniegu, na wszystkim wysokie białe czapy, drzewa też są oblepione dokumentnie, wyglądają jak czarno-biała koronka. Zupełnie jak w Narnii za panowania czarownicy, pięknie. I ta niesamowita cisza, śnieg wytłumia wszystkie odgłosy, ledwie słychać te nieliczne samochody, które powoli pełzną po ulicach.

W Monachium wielkie ilości śniegu to nic nowego, każdej zimy przychodzi moment, w którym wszystko znika pod białym przykryciem, często na dłużej. W zeszłym roku jeszcze pod koniec marca spadło tyle śniegu, że stanęła cała komunikacja miejska (no, oprócz metra). Na szczęście była niedziela i wbrew mediom trąbiącym o katastrofie ludność ucieszyła się i masowo wyszła na spacer i na sanki. Do poniedziałku miasto uporało się z oczyszczeniem większości dróg, ale mniej ważne tramwaje ruszyły dopiero we wtorek albo nawet środę. Dziś też były problemy, S-Bahny jeździły jak chciały, nawet metro się spóźniało. Ale co tam, dobra wymówka, żeby zaszaleć i spóźnić się do pracy...

Co mnie zawsze tu bawi, to deski oparte o ściany domów, które ostrzegają przed Dachlawine, czyli osunięciem się śniegu z dachu (zdjęcie - desek, nie lawiny). Że też co roku od nowa trzeba wszystkich ostrzegać! Ale to tak samo, jak tabliczki "dieser Weg wird nicht bestreut. Benutzung auf eigene Gefahr." (czyli dosłownie "Tej drogi nie posypuje się. Użytkowanie na własne ryzyko"). Tak jakby trudno było stwierdzić, czy droga jest czy nie jest posypana żwirem albo piaskiem (soli się tu nie używa, bo szkodzi przyrodzie...)
Czy kobiety są lepszymi mężczyznami?
Taki był dzisiejszy tytuł wieczoru z Sandrą Maischberger w ARD (przy okazji, program Maischberger to najlepszy, najinteligentniejszy talkshow, jaki znam, ze względu właśnie na prowadzącą). Czy kobiety są lepszymi mężczyznami nie udało się ustalić, za to rozwinęła się ogólna dyskusja o prawach kobiet i równouprawnieniu.

Jedna z ciekawszych tez: kobiety owszem zyskały na emancypacji, ale tylko w sferze publicznej (i w tej sferze dużo więcej nie da się zrobić). W sferze prywatnej natomiast, w domu, panuje stary porządek. Kobiety wykonują większość prac domowych (w Niemczech wg ankiet aż 80%), poświęcają nieodpłatnie większość lub cały swój wolny czas na zajmowanie się domem i dziećmi (Niemka poświęca na pracę w domu 4 godz. dziennie, Niemiec 2,5, we Włoszech panuje ekstremalne 5:1, ciekawe, jak jest w Polsce). Sytuacja jest więc taka: świat otworzył się na kobiety, natomiast mężczyźni nie przejęli części odpowiedzialności za dom. I to byłoby obecnie w Europie główne źródło nierówności płci.

Jak to określiła trafnie jedna z uczestniczek, sama określająca się jako feministka: często mówi się obecnie o tym, że mężczyźni powinni okazywać kobiecą stronę swojej natury. Otóż ona nie ma nic przeciwko męskim łzom czy wzruszeniom, ale życzyłaby sobie, żeby mężczyźni przejęli choć częściowo tę najbardziej kobiecą z cech: odpowiedzialność za dom i gotowość do codziennego sprzątania. :)

Coś w tym jest...
wtorek, 16 stycznia 2007
Drakula nie chce na Mazowsze
Pisałem jakiś czas temu o tym, że Polacy nie chcą już wyjeżdżać do Niemiec i że Niemców powinno to nauczyć pokory. Nie spodziewałem się, że tak szybko przyjdzie i Polakom przemyśleć to i owo. A oto Wyborcza pisze w artykule "Nie chcą pracy w Polsce":

Bułgarzy i Rumuni mieli być ratunkiem dla naszych firm, którym pracownicy uciekli na Wyspy. Nic z tego - mieszkańcom nowych państw UE Polska się nie podoba. Bo brzydka, zimna i zarobki liche.

Uśmiałem się zdrowo. Fakt, wydawało nam się, że bardzo już urośliśmy i Rumuni będą się tłoczyć w kolejkach pod polską granicą (bo przecież Rumun w Polsce to synonim żebractwa i nędzy). A tu figa z makiem. Może uratują nas Ukraińcy? Mam nadzieję, że będzie się ich traktować lepiej niż Polaków na robotach w Niemczech, bardziej jak ludzi, a nie siłę roboczą (co ja się nasłuchałem historii o pracy na polu, spaniu w barakach i kaprysach niemieckiego szefa).

A na koniec jeszcze dwa smakowite akapity z artykułu:

[bułgarski spawacz, który nie chce pracować w Polsce] nie jest wyjątkiem, co potwierdził sondaż zamówiony przez tamtejszy rząd. Bułgarzy wymienili w nim 23 miejsca, gdzie po wstąpieniu ich kraju do UE chcieliby pracować. Polski w zestawieniu nie ma, są za to Turcja, Rosja, a nawet ogólnie ujęta Afryka.

O tym, że nasze firmy mogą zapomnieć o zastrzyku pracowników cudzoziemców, mówią też przedstawiciele bułgarskich i rumuńskich przedsiębiorstw, m.in. budowlanych. - Sami mamy problem. Nasi budowlańcy wyjechali pracować do Rumunii, bo oni z kolei wyjechali na budowy do Grecji. A w Sofii firmy jeszcze działają, bo zatrudniły pracowników z Ukrainy - opisuje kołomyję na rynku Nikolay Kostov.

Toż to materiał jak dla Barei.
czwartek, 11 stycznia 2007
Czy wolno muzułmaninowi używać budzika?

Nie, nie wolno. A dlaczego? Bo tak stanowi fatwa.

Fatwa to opinia wysokiego uczonego-teologa muzułmańskiego (muftiego w sunnizmie lub mudżtahida w szyizmie), wyjaśniająca kontrowersję teologiczną, teologiczno-prawną lub czysto prawną i wydawana wyłącznie na piśmie (więcej w Wikipedii). Na chłopski rozum, prości pytają, co wolno, a czego nie, a uczeni odpowiadają...

Fatwy obejmują wszystkie dziedziny życia, śmieszne to i straszne. Czy wolno używać budzika? Nie, bo budzik podobny jest do dzwonka, a dzwonki są w islamie zabronione. Co zrobić z muzułmaninem, który porzucił wiarę? Zabić, bo popełnił największe przestępstwo. Czy muzułmanka może malować się pod chustą? Nie powinna się malować, jeśli to czyni, to na własne ryzyko, może Allah jej wybaczy. Czy muzułmanin może obchodzić urodziny? Nie, bo to obca tradycja, nie wolno. Czy mąż ma prawo bić żonę? Najlepsi mężowie tego nie czynią (ha ha, ale prawo ma). itp. itd.

Więcej można przeczytać, po niemiecku, na stronie Instytutu ds. Islamu Niemieckiego Stowarzyszenia Ewangelików (Institut für Islamfragen der Deutschen Evangelischen Allianz), który śledzi i archiwizuje nowo publikowane fatwy.

Mam nadzieję, że muzułmanie, tak jak katolicy, jednym uchem słuchają pouczeń, a potem robią swoje. Bo jeśli naprawdę mieliby żyć wg Koranu i fatw, to mamy porządny problem...

wtorek, 09 stycznia 2007
Potop gejowski w Krakowie
Rozbawiła mnie wizja Krakowa zalanego tłumami gejowskich turystów. Ale i lekko zirytowała. Ja wiem, że w Krakowie są miejsca gejowskie i że da się tam żyć. Bo geje mieszkają tam, tak jak w każdym większym mieście. Ale żebyśmy już tak mieli ciągnąć do K. z całego świata? A po co?

Jak mnie jakiś zagranicznik pyta o Kraków, to odpowiadam, że piękny, ale bardzo konserwatywny. Że to zaścianek. Owszem, wiem, głupie to i niesprawiedliwe. Ale trudno mi wybaczyć, że właśnie Kraków, ten piękny i rozsądny Kraków z tradycjami, zapoczątkował niechlubnie tradycję zwalczania gejowskich manifestacji. W 2004 panowie radni podnieśli wrzask, jaka to hańba dla K., rektor UJ wycofał (!) pozwolenie na zorganizowanie dyskusji i wykładów na terenie uczelni, a na końcu poleciały butelki i kamienie. Dobrze, na własne oczy nie widziałem, ale przeżyłem szok, kiedy dotarło do mnie, ile nienawiści i prymitywnej agresji kryje się pod cienką warstewką kultury moich rodaków. W mieście, które się za centrum kultury polskiej uważa.

Dlatego kochani turyści geje, nie przywoźcie swych pieniędzy do Krakowa. Niech się sławetni krakowianie z tego cieszą i niech się duszą we własnym sosie.
 
1 , 2