Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
poniedziałek, 26 lutego 2007
Oscar dla DDR

"Życie na podsłuchu" zdobyło Oscara (hmm, swoją drogą ciekawe tłumaczenie tytułu "Das Leben der Anderen", czyli "Życie innych"). Merkel pogratulowała reżyserowi, inni niemieccy politycy również wypowiadali się entuzjastycznie, cóż za wielki sukces niemieckiego kina! Bawarscy politycy oczywiście stwierdzili, że to sukces bawarskiego kina, bo film był kręcony w Bawarii; typowo bawarska punkt widzenia :)

Rozumiem ich, bo w końcu niezaprzeczalny sukces, ale dla mnie film był słaby. Ot, ckliwa historyjka o agencie służb specjalnych Stasi, w którym budzi się człowiek. W filmie nie ma miejsca na grę z widzem, na wahanie, na wątpliwości i niekonsekwencje. Przemiana ze złego w dobrego następuje na początku filmu, i dobry agent takim już pozostaje. Dlatego zamiast dramatu o wahaniu między dobrem a złem dostajemy historyjkę. Patetyczny koniec pogłębia tylko niesmak.

Przyznaję, jestem uprzedzony, nie lubię nowego niemieckiego kina, może z wyjątkiem "Good bye, Lenin". "Das Leben der Anderen" wpasowuje się dla mnie w krajobraz przeciętności i samouwielbienia niemieckich reżyserów. Jakże oni kochają przyjęcia na czerwonych dywanach i rozdawanie nagród sobie nawzajem! Aha, żebym nie zapomniał: reżyser "Życia" jest już od dzisiaj oficjalnie nową gwiazdą niemieckiego filmu (jak podało bawarskie radio..).

czwartek, 22 lutego 2007
Tylko confetti

Już po karnawale, koniec z pączkami i transmisjami imprez z Kolonii w ARD. No, tu i tam leżą jeszcze resztki confetti. We wtorek (Faschingsdienstag) confetti pokrywało całe karnawałowe centrum, Viktualienmarkt, Marienplatz i przyległe ulice. Była piękna, wiosenna pogoda i tłumy przyszły się pobawić, aż miło było popatrzeć, całkiem jak Pierwszy Dzień Wiosny. Ale tu przebierają się również dorośli i dumnie obnoszą swoje stroje. Dominujący styl - kolorowo i śmiesznie, elegancja schodzi na drugi plan.

Geje są oczywiście pierwsi do zabawy. Jak co roku, na Reichenbachstraße, pod kultowym lokalem Deutsche Eiche, zgromadziły się tłumy braci i sióstr (płeć zależna od przebrania). Furorę zrobiły eleganckie i seksowne stewardessy, które rozwoziły napoje w różowych minispódniczkach. Ach, te nogi! Najbardziej oglądały się prawdziwe kobiety, ale nic w tym nie było ze zgorszenia, raczej rozbawiona zazdrość. Żeby to tak w Polsce lud przestał bać się gejów! Wśród kowbojów, kokot i zakonnic krążyły rodziny z małymi dziećmi, rozchichotane starsze panie i uśmiechnięte pary mieszane. Z okna nad Eiche rozanielona babcia dyrygowała tłumem w rytm muzyki. Karnawałowa idylla... Impreza na Reichenbachstraße trwała najdłużej i ściągała stopniowo uchodźców z Viktualienmarkt, który po zmroku opustoszał i odsłonił podłoże z confetti i potłuczonych butelek. Inni przebierańcy schronili się do knajp i tam balowali dalej.

Przydałby się taki karnawał w Polsce, precz z szarością, co z naszą staropolską tradycją? A może karnawał już opanował polskie miasta, tylko ja nic o tym nie wiem? Na zachętę parę linków do zdjęć na oficjalnej stronie Monachium (punkty Tanz der Marktfrauen i Faschingstreiben) i tej nieoficjalnej.

środa, 14 lutego 2007
800 euro dla każdego, cz.2
Propozycja pana socjologa tylko mnie tak zaskakuje i poraża... Od kolegi z pracy dowiedziałem się, że Austria zastanawia się nad takim rozwiązaniem od dawna. Moje próby ukazania absurdu całej idei zostały skwitowane racjonalnym wywodem nt. jej zalet. Może naprawdę coś w tym jest? Tylko dlaczego intuicja mówi mi, że społeczeństwo pozbawione przymusu pracy zacznie się degenerować? Przychodzą mi na myśl zwierzęta w zoo, które nie muszą polować i drepczą tam i z powrotem w swoich wygodnych klatkach.
Merkel, gdzie moje 800 euro
W programie Maischberger prawdziwa rewelacja - pan socjolog, niejaki Thomas Loer (o ile dobrze pamiętam) przedstawił swoje panaceum na socjalne bolączki Niemiec, czyli bezrobocie i płace, które, niestety!, nie rosną... Otóż, wg niego Niemcy powinny wreszcie odejść od utopijnej idei stworzenia miejsca pracy dla każdego. Z powodu taniej konkurencji (ze strony m.in. Polski i Chin) bezrobocie nie da się zmniejszyć. Ale Niemcy są bogatym krajem i stać je na to, aby utrzymać swoich obywateli. Dlatego każdy powinien dostawać od państwa pensję w wysokości 800 euro (za 800 euro można lepiej lub gorzej wyżyć, zależnie od tego, gdzie się mieszka). Pracowaliby tylko ci, którzy by tego chcieli - po to, żeby zarobić więcej, albo dla samorealizacji. W związku z tym, że praca byłaby dobrowolna, wzrosłaby wymiernie jej jakość i zadowolenie społeczne (bo każdy miałby, czego chce). Wszystkie podatki zlikwidowało by się, z wyjątkiem jednego podatku VAT, z którego utrzymywałoby się państwo.

Jestem pod wrażeniem. Ile wspomnień, ile skojarzeń. Wałęsa, sto milionów, rewolucja październikowa, Bareja. Ale może po prostu myślę schematycznie, tak jak wszyscy, których przekonano, że kapitalizm jest najlepszym z systemów? Może w Niemczech, kraju ludzi do bólu racjonalnych udałby się taki eksperyment? W końcu najdoskonalszy komunizm panował właśnie w NRD. Stasi dałoby się jakoś wskrzesić...
poniedziałek, 12 lutego 2007
Monachium dla przyjezdnych
Zabawna, interesująca, niekonwencjonalna książka. Trochę esej, trochę przewodnik, a najbardziej wyznanie nieoczekiwanej miłości Niemca z północy do miasta na południu (tak, w Niemczech istnieje podział na Północ i Południe, tu wojna secesyjna jeszcze się nie zaczęła). Wiele smakowitych faktów i fakcików, lektura, którą można powoli rozkoszować się przed zaśnięciem. Pomogła mi lepiej zrozumieć M. Polecam - "München für Zugereiste", autor Harald Hordych.
Krewny pana Karnevala
Jeszcze tydzień karnawału. W piekarniach piętrzą się pączki o różnych nadzieniach i polewach, czasem wsiądzie jakiś przebieraniec do metra, gdzieniegdzie porozsypywane konfetti, ale generalnie jakiejś specjalnej atmosfery nie ma. Wszystko kończy się na balach maskowych w zamkniętych pomieszczeniach, nie tak jak w Kolonii, gdzie Karnawał opanowuje całe miasto. Tam, na legendarnym zachodzie Niemiec, ludzie w czasie karnawału tracą wszelkie hamulce (tak twierdzi tęsknie mój znajomy, urodzony w Koblencji, od 20 lat na wygnaniu w Monachium. Wzdycha i siada przed telewizorem, żeby obejrzeć w ARD transmisję imprez z Kolonii. Ach, te stroje, ach, przemowy, błazenada!). Tu karnawał, kolonijski Karneval, nawet nazywa się inaczej: Fasching. Fasching, ubogi krewny pana Karnevala, wegetuje sobie w Monachium rachitycznie. I ani mu się śni równać ze świętem, które w tym mieście jest naprawdę ważne, a jego imię oczywiście Oktoberfest...
poniedziałek, 05 lutego 2007
Virginia ma już 125 lat i pięć dni
Przegapiłem, pierwszego lutego Virginia Woolf skończyła 125 lat. Jest przecież nieśmiertelna... Happy birthday, dear Virginia!
sobota, 03 lutego 2007
Precz z Ameryką
Po II wojnie Niemcy były przez długi czas związane przymusową polityczną przyjaźnią z USA. Przełom nastąpił w 2003, kiedy Schröder oficjalnie odmówił udziału w wojnie w Iraku (choć tak naprawdę, jak się okazuje, niemieckie służby specjalne pomagały CIA). Od tego czasu wypada w Niemczech krytykować Wielkiego Brata (który zresztą daje po temu wiele powodów) i robi się to na każdym kroku, atmosfera jest ogólnie antyamerykańska. Wreszcie, po latach wypada śmiać się z amerykańskiej głupoty, z Busha, wypada też milcząco boleć nad sytuacją w Iraku. Często krytykuje się też politykę USA w kwestiach ekologii, np. dzisiejszą radiową informację o raporcie w kwestii globalnego ocieplenia uzupełnia komentarz, że to właśnie USA emituje jedną czwartą wszystkich gazów cieplarnianych, a rząd USA tę sytuację bagatelizuje.
piątek, 02 lutego 2007
Jeszcze o kuchni

Żeby nie zaczerniać za bardzo - Niemcom zazwyczaj polskie potrawy smakują (gdy je już poznają), a ci, którzy w Polsce byli, wyrażają się o polskim jedzeniu bardzo pozytywnie. W końcu np. dobre, kwaskowe polskie jabłko to zupełnie inne przeżycie smakowe niż przecukrzone podróbki z Nowej Zelandii.

A tu spojrzenie z zewnątrz na polskie specjały (fakt, tylko kilka przepisów, ale zawsze coś) czyli Polnisch Kochen.

Nieznośna ciężkość kuchni polskiej

Kuchnia polska ma w Niemczech opinię nieatrakcyjnej i ciężkiej. Dowiedziałem się o tym w zeszłym roku, kiedy to w ramach Mistrzostw Świata "Z wizytą u przyjaciół" przedstawiano w moim ulubionym radiu kuchnie narodowe kolejnych konkurentów Niemiec. Kiedy któregoś dnia przyszła kolej na Polskę, spiker bez najmniejszego drgnięcia głosu (bo skądby) przeczytał, że właśnie chłopska i ciężka, że pieroży (!) i tym podobne, bo prawdopodobnie nie chciało im się sprawdzić, jak się te wszystkie dziwaczne nazwy wymawia (a germańska intuicja oczywiście zawiodła).

Trafił mnie ciężki (odpowiednio do tematu) szlag, bo już od paru lat mieszkam w Krainie Sznycla i czasami dość mam już tłuszczu, sosów bez smaku, zimnej sałatki ziemniaczanej doprawionej octem (ohyda...) i całej reszty tych specjałów. Kuchnia polska ze swoją rozmaitością potraw i smaków powinna być w Niemczech znana i ceniona, a tu masz.

Postanowiłem jeszcze spytać niemieckich znajomych o ich zdanie nt. polskiej kuchni, wychodząc z założenia, że obrazić się zawsze zdążę. Znajomi to ludzie światli, wrogowie ksenofobii i miłośnicy potraw z całego świata, w tym np. kuchni fińskiej. "No, raczej ciężka, prawda?", usłyszałem. Tego było mi za wiele.

Na następne spotkanie przygotowałem mój ulubiony deser, czyli racuchy drożdżowe. "To polska potrawa", zapowiedziałem, stawiając na stole talerz z górą placków. Po niedługim czasie placków nie było, a znajomi prześcigali się w zachwytach. "Pycha, naprawdę, są takie... lekkie!". Tak dopełniła się moja prywatna zemsta.

Proszę, oburzajcie się głośno, jeśli ktoś wam w Niemczech powie, jak ciężka jest kuchnia polska. A jeśli ktoś potrzebuje przepisu na lekkie polskie placki :), to dajcie znać.