Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
wtorek, 27 listopada 2007
Kultura à la carte
Emigrantowi z kulturą nie po drodze. Od własnej kultury jest odcięty, bo do domu i do rodzimych mediów daleko; z biegiem czasu ma o własnym kraju pojęcie coraz bardziej ogólne. Z kolei od kultury, w której żyje, oddziela go bariera językowa i kulturowa. Np. często bywa tak, że obcojęzyczne dowcipy nie śmieszą, mimo że się je rozumie. Obca kultura generalnie jakoś słabiej działa na emocje.

Monachijski konsulat próbuje nam pomóc w tej trudnej sytuacji i ostatnio rozpieszcza nas imprezami polonijnymi z cyklu "pod patronatem". Strawy duchowej made in Poland na długie jesienne wieczory nie brakuje.


Michał Witkowski w Monachium

Na przystawkę - coś małego i pikantnego - mieliśmy 5 listopada wieczór autorski z Michałem Witkowskim. Pan W. zjawił się u nas po drodze z Frankfurtu, żeby promować świeże niemieckie tłumaczenie "Lubiewa", przy czym promocja udała się średnio, bo na wieczorek przyszło niewiele ponad 20 osób. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że "Lubiewo" to tzw. Wielka Księga Ciot Polskich, świetnie napisana opowieść o zmierzchu pedałów PRL-u, którzy nie mogą się znaleźć w nowej rzeczywistości. "Świetnie napisana" odnosi się do polskiego oryginału, tłumaczenie jest poprawne, ale bezbarwne. Widać to było po reakcjach publiczności na wieczorku: kiedy Witkowski czytał oryginał, polska część sali zwijała się ze śmiechu, natomiast niemieckie fragmenty wywoływały na twarzach niemieckich słuchaczy wyraz zadumy - a może to była nuda? Trudno, myśmy się na pewno ubawili. Kulminacją wieczoru było dla mnie pytanie pani z konsulatu (pani konsul???), skierowane do autora, które brzmiało: "Na pewno nie było łatwo wczuć się panu w język tych ludzi [czyli ciot - przyp. mój], nauczyć się go, w końcu to takie hermetyczne środowisko, jak pan to osiągnął?". Pan Autor zrobił poważną minę i odpowiedział: "No wie pani, spotykałem się z tymi ludźmi, rozmawiałem z nimi, słuchałem..." itp. itd. Musiałem w tym momencie zrobić bardzo poważną minę, żeby nie wybuchnąć śmiechem - mnie się raczej wydawało, że Autor tego języka uczyć się nie musiał, tak jak skowronek nie musi uczyć się śpiewu. Ale to tylko tak, na stronie.

Danie główne polonijnego menu - coś dużego i ciężkiego - skonsumowałem w ten piątek. Kino "Gabriel" na Dachauerstraße uprzejmie udostępniło salę na pokaz filmu Krzysztofa Zanussiego "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową". Zwaliły się tłumy, bo po seansie zaplanowano spotkanie z Mistrzem. Polskim zwyczajem biletów sprzedano więcej niż było miejsc, więc spędziłem seans siedząc na schodach. Ale wszystko ma swoje dobre strony - gdyby bilety sprzedawali Niemcy, to filmu bym nie obejrzał. A owszem, warto było. Na zasadzie podróży w przeszłość. Bo niby działa się rzecz w latach 90-tych, ale od podszewki wiało latami 70-tymi, tak jak je pamiętam ze starych polskich filmów. Pejzaże wiejskie, pejzaże paryskie, puste szpitalne korytarze, aż łza się w oku kręci. Nowoczesne rekwizyty, komórki i dolary, nic w tym nie zmieniały. Widocznie w pewnym momencie nawet Zanussi przestaje nadążać za duchem epoki. Może to i dobrze?

Zanussi - po pierwszym wypowiedzianym zdaniu miał wszystkich w garści. Piękny głos, głęboki i donośny, szczególny, uroczysty ton - od razu poczuliśmy, że mamy przed sobą kogoś, kto z niejednego koszyczka bagietkę jadł (np. w Cannes - i znów trzeba było przyznać przed sobą, że Monachium to w jakimś sensie prowincja). Oczarował mnie pan reżyser, przyznaję, i tak samo pewnie czuły starsze panie w kreacjach i myśleli starsi panowie w garniturach, i młodzież w modnych ciuchach. Oczarował nas, mówiąc po niemiecku z dźwięcznym francuskim akcentem i pomijając nonszalancko końcówki przymiotników. Żywy przykład tego, że osobowość liczy się bardziej niż gramatyka.

Mówił o filmie. O swoich studentach ze szkół filmowych w Niemczech, Francji, Rosji, Chinach. O Europie chorej na melancholię, która nie potrafi być dumna ze swojej przeszłości i optymistyczna w nadziejach na przyszłość. O tym, jak bardzo drażni go to, że wciąż jeszcze wielu Europejczyków zalicza Polskę do Europy Wschodniej, według starego porządku jałtańskiego, mimo że Polska od zawsze należy do kręgu Europy Zachodniej. I o tym, że dzisiejsza kultura masowa banalizuje śmierć i banalizuje miłość, ale może ludzie jeszcze kiedyś pojmą, że miłość jest ważniejsza od pieniędzy i kariery.

Słuchałem i myślałem wciąż o tym, jakie to smutne, że nawet ktoś wielki w pewnym momencie przestaje wyczuwać rzeczywistość i zaczyna mówić o "dzisiejszych czasach" i upadku wartości. Bo jakoś nie wydaje mi się, żeby miłość straciła na znaczeniu, tylko zmienił się kontekst i styl. Potem syty wrażeń, z dostojeństwem a boleśnie wyszedłem z kina i natknąłem się na znajomych. Znajomym nie udało się wejść na film, cały seans spędzili w kawiarni naprzeciwko. Z kim? Ano z panem Zanussim, gawędząc o tanich liniach lotniczych. O filmach nie mogli, bo za młodzi i, tak jak ja, żadnego filmu pana Z. nie pamiętali... :) Życie pisze naprawdę najlepsze scenariusze!

A na deser - a może to właśnie było danie głowne? - wybraliśmy się w tę niedzielę na imprezę pt. "Kuźnia talentów" w ramach Spotkań Niemiecko-Polskich (hi, hi). Przyjechało parę śpiewających panienek, jedna udawała Aguilerę, druga Górniak, chłopak z gitarą ryczał poezję, bardzo profesjonalnie zresztą. I tak było jakoś beznadziejnie, jak na akademii w domu kultury na prowincji, póki na scenę nie wyszła Karolina Cicha ze swoim akordeonistą. Wyszła boso, w długiej spódnicy i czerwonej bluzce, włosy spięte w dwa kucyki, słowem uboga dziewczynka gdzieś ze wschodu. Usiadła przed pianinem, podpięła się do mikrofonu, założyła akordeon, na stopy grzechotki, przywitała się niewinnym głosikiem - trochę to wszystko trwało - a potem zaczęła grać. Wszystkim dech zaparło, bo okazało się, że w dziewczynce siedzi burza i smok i wulkan energii. Grając na wszystkich instrumentach naraz i na zmianę, śpiewała na przełaj przez wszystkie dostępne oktawy od altu do sopranu, to cicho, to tak głośno, że ogłuszała. A wszystko tak naturalnie, jakby nie było na świecie nic łatwiejszego. I w dodatku o czymś, i w dodatku trafiając w sedno i w duszę (inaczej nie da się tego określić). Publiczność zdębiała, my też i przerwie rzuciła się kupować CD, wszyscy, Polacy i Niemcy, tym bardziej, że sprzedawała je sama - śpiewaczka, poetka, kompozytorka, nie wiem, które wybrać. W międzyczasie z wiedźmy znowu zmieniła się w dziewczynkę.

Występ Karoliny Cichej na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej 2006 można obejrzeć sobie tutaj (od ok. 12 minuty). A ja już powiem tylko jedno:

Dziękuję ci, mój konsulacie!!!

poniedziałek, 19 listopada 2007


Heinz Erhardt

Herbstzeit  

Wenn Blätter von den Bäumen stürzen,
die Tage täglich sich verkürzen,
wenn Amsel, Drossel, Fink und Meisen,
die Koffer packen und verreisen,
wenn all die Maden, Motten, Mücken,
die wir vergaßen zu zerdrücken,
von selber sterben - so glaub mir:
Es steht der Winter vor den Tür!

Ich lass ihn stehen, ich spiel ihm einen Possen,
ich hab die Tür verriegelt und fest abgeschlossen,
er kann nicht rein - ich hab ihn angeschmiert!
Jetzt steht der Winter vor der Tür und friert.

Jesień

Kiedy liście z drzew spadają,
dni codzień krótsze się stają,
kiedy drozdy i słowiki
wyjeżdżają do Afryki,
kiedy wszystkie ćmy i mole,
odporne na muchozole,
giną w mig, to uwierz mi:
Zima puka już do drzwi!

Niech sobie puka, wystrychnę ją na dudka!
Drzwi zaryglowałem, od frontu i te od ogródka.
Nie wejdzie tu, nabrałem ją, pierwszą naiwną!
- Zima puka do drzwi coraz głośniej, bo zimno.


Strasznie mi się spodobał ten wierszyk (tu o autorze), przeczytałem go gdzieś u znajomego na jego stronie z miesiąc temu. Ale zanim zdążyłem przetłumaczyć (no, tak przetłumaczyć jak umiałem...), to już zima przyszła bez pukania - śnieg mamy w Monachium od ponad tygodnia. No i dobrze, najgorszy ze wszystkiego jest szary, ciemny listopad, niech sobie zima przychodzi !
piątek, 16 listopada 2007
Nie wszystko złoto, co się świeci

Transrapid

Gazeta Wyborcza rozesłała swoich dziennikarzy do różnych zagranicznych miast, na poszukiwanie pomysłów dla Polski. I jak macocha w bajce kazała im nie wracać z pustymi rękami. Więc pierwszy dziennikarz poszedł w lewo, drugi w prawo, a trzeci pojechał prosto. Każdy z nich wrócił potem z jakimś skarbem, jak nie trafiła się magiczna kula-zgadula, to chociaż obcas od siedmiomilowego buta. Problem tylko taki, że na znalezienie skarbu mieli tylko dwa tygodnie. A dwa tygodnie to zdecydowanie za mało, żeby poznać jakieś miasto i jego mieszkańców. Źle, jeśli się o tym zapomina i po tak krótkim czasie próbuje się daleko idących generalizacji. Wtedy zamiast złotej ciekawostki dostajemy tombak zmyślenia.

Ot np. wrażenia z Monachium. Niby wszystko gra, ale... Dowiadujemy się, że miasto ładne, nowoczesne, tylko mieszkańcy okropnie konserwatywni i niedzisiejsi. A dlaczego? Bo nie chcą Transrapidu, szybkiego połączenia koleją magnetyczną między centrum a lotniskiem. Nie chcą, a przecież:

Zamiast 40 minut, jechaliby na lotnisko 10. Zamiast tłoczyć się w zwyczajnym pociągu, sunęliby cichutko na elektromagnetycznej poduszce. Do miasta zjechałoby jeszcze więcej turystów, mieszkańcy mogliby się chwalić najnowocześniejszą koleją na świecie, a i środowisko by zyskało, bo to ekologiczny projekt (źródło: artykuł)

Pomijam fakt, że w S-Bahnie na lotnisko tłoku nie ma, pomijam, że Transrapid też hałasuje z powodu oporu powietrza. Spieszę wyjaśnić, dlaczego mieszkańcy są temu projektowi przeciwni:

Nie przeczą temu, że dzięki niemu będzie się rozwijać szybciej lotnisko, a wraz z nim całe miasto. Ale dla konserwatywnych mieszkańców ten postęp jest za szybki. Cenią sobie spokój, a niedziele spędzają w tzw. Ogrodzie angielskim, który jest w centrum miasta i ma 13 km długości. (źródło: blog)

Jasne, jeśli ktoś spędza niedziele w ogrodzie, zwłaszcza angielskim, to musi być konserwatywny. Ale żarty na bok.

Monachijczycy sprzeciwiają się budowie Transrapidu nie dlatego, że są konserwatywni i boją się postępu. Raczej dlatego, że posiadają tzw. zdrowy rozsądek. Nikt w Monachium nie broni starego, relatywnie wolnego połączenia z lotniskiem za pomocą kolejki S-Bahn. Nikt nie przeczy, że połączenie to musi zostać zmodernizowanie. Ale nie za wszelką cenę!

Budowa 37 km trasy transrapidu ma pochłonąć ok. 1,8 miliarda euro. To bardzo dużo nawet dla bogatych Niemiec, nawet dla zasobnej Bawarii ! Jak pisze autor w blogu: "[...] miasto nie dołoży do budowy ani eurocenta. Wart 2 miliardy euro projekt będzie finansowany z budżetu federalnego RFN i bawarskiego landu." Cóż, to jest myślenie krótkowzroczne. Co z tego, że nie z kasy miasta? Jeżeli miasto dostanie pieniądze na transrapid, to nie będzie mogło wyciągać ręki po pomoc na inne inwestycje, które mogą przez to ucierpieć. I o tym monachijczycy dobrze wiedzą. Wiedzą też, że będą musieli mimo wszystko dopłacić do całej zabawy - dojazd na lotnisko Transrapidem będzie droższy niż obecnie (15-17 euro w porównaniu do 5-8 euro). I znów: nawet w bogatym kraju ludzie nie lubią być uderzani po kieszeni.

Zalety Transrapidu? Niedużo. Szybkość - owszem, zysk jest, ale dużo mniejszy niż się to demagogicznie podaje. Zwykły S-Bahn jedzie na lotnisko 40 minut, ale już S-Bahn ekspresowy, konkurencyjny projekt, jechałby tylko 17 minut po istniejącej trasie. Drugi argument - prestiż dla miasta - też jest słabiutki, bo czy kto pofatyguje się do Monachium TYLKO na przejażdżkę Transrapidem? Ilu turystów przyciągnął Transrapid do Shanghaju? Jak to słusznie stwierdził pewien polityk, bodajże z SPD: "Transrapid byłby najdroższą atrakcją turystyczną na świecie".

Zapytacie pewnie, komu na budowie Transrapidu zależy. Oczywiste jest, że głównie producentom, koncernom Siemens i ThyssenKrupp. Poza tym bawarskim chadekom z CSU, którzy chcą wesprzeć za pomocą federalnych pieniędzy bawarskiego Siemensa, a może też i własne kieszenie (pamiętacie jeszcze aferę korupcyjną w Siemensie?). Nie chcę nikogo odsądzać od czci i wiary, ale forsowanie państwowych projektów przez przemysł jakoś źle się kojarzy.

Wracając do artykułu:

Transrapid jeździ na razie tylko w Chinach. Łączy lotnisko w Szanghaju z centrum finansowym miasta. O tym, czy pociąg ma też jeździć w Monachium, zdecyduje rząd federalny. - A ten potrzebuje tej inwestycji tutaj, w Niemczech, by sprzedać Transrapid dalej za granicę. Bo jak mamy przekonać innych, skoro sami nie jesteśmy przekonani? - mówi mieszkający w Monachium Jan Bielicki.

Czyżby Monachium miało być żywą reklamą Transrapidu, bez względu na sens i koszty? Żeby firma Siemens mogła zarobić? Żeby przeforsować technologię, która sama od lat nie może się przebić? No, kochani. To już naprawdę lepiej wydać te pieniądze na coś innego. Np. na to, żeby w Monachium usprawnić sieć S-Bahnów, bo moja linia S6 spóźnia się notorycznie, każdego dnia.

Wracając do monachijczyków, może są konserwatywni, może są nawet trochę zaściankowi, ale jednocześnie stoją mocno nogami na ziemi i wiedzą, że nie wszystko złoto, co się świeci. Nawet jeśli jest to błyszczący, nowy Transrapid.