Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
czwartek, 27 listopada 2008
W listopadzie najlepiej pójść na koncert i co z tego wynikło

Listopad miesiąc niedobry, przygnębiający, słońca już nie ma, a Weihnachtsmarkty (Jarmarki Bożonarodzeniowe) jeszcze się nie zaczęły... Dlatego ludzie tłoczą się na wszelkiego rodzaju imprezach kulturalnych, żeby choć trochę się rozerwać. My również, w miarę czasu i możliwości, bo w końcu jesteśmy przeciętni i przewidywalni do bólu. Każdy nasz krok można by przewidzieć za pomocą jakiegoś prostego programu, gdyby ktoś zadał sobie trud i go napisał. Dokładnie tak jak w zeszłym roku skoncentrowaliśmy się w tym listopadzie na dwóch typach imprez, a mianowicie wieczorach autorskich i koncertach polonijnych. Nic nowego pod słońcem.

O wieczorach autorskich już trochę było (patrz Stasiuk i Daszkowa), więc teraz o koncertach.

Pani Michna
tym razem nas nie zachwyciła, koncert był pechowy, szczerze mówiąc artystka sama się pechowi podłożyła. Pierwszy utwór, balladę g-moll, którą tak genialnie zagrała na płycie "Ballades", tym razem wykonała w dziwnym pośpiechu, po czym wstała, uśmiechając się przepraszająco, i ze sceny poprosiła organizatora o dywanik pod fortepian, "bo obcasy się ślizgają". Przez kilka utworów słychać było jeszcze w jej grze zdenerwowanie, dopiero "Andante spianato et Grande Polonaise Brillante op. 22" (dobrze, że mogę ten tytuł przepisać z płyty) zabrzmiało tak jak powinno zabrzmieć pod jej palcami, czysto, głęboko i kryształowo. Niestety, był to ostatni utwór Chopina na koncercie, po przerwie był Schubert, Mendelssohn i Verdi, których nie znamy i prawdopodobnie o wiele za mało doceniamy...

Bo przypomnijmy: w końcu jako przeciętniacy i średniacy na muzyce właściwie się nie znamy i na koncerty chadzamy głownie z powodu listopada. Także na koncerty z cyklu "Kuźnia talentów" w ramach Spotkań Polsko-Niemieckich. Ale nie, na te koncerty idziemy głównie się pośmiać.

"Kuźnia talentów" odbywa się co roku w sali pewnej szkoły na Giesingu. Taka sobie akustyka, taki sobie wystrój sali idealnie pasuje do stylu imprezy, ponieważ jest to akademia ku czci, jak w liceum. Ech, te imprezy w Domu Kultury z dawnych lat... Jak dobrze, że Polonia monachijska pielęgnuje takie piękne tradycje. Pani prowadząca, na oko czterdziestolatka, paradowała po scenie w mini i czarnych pończochach i przypominała jakąś zagubioną we współczesnym świecie polonistkę. A jak pięknie, odruchowo, parodiowała Grażynę Torbicką! Od razu poprawił nam się humor.

I nie popsuły nam zabawy nawet występy uczestników. Bo niestety, dokładnie tak jak w zeszłym roku okazało się, że wszystkie dziewczyny chcą zostać Christiną Aguilerą ew. Mariah Carey, a chłopcy Jackiem Kaczmarskim. Dlatego uczestniczki piszczały, wyły i przeginały się (charakterystyczny gest ręką przy wysokich tonach!), natomiast chłopaki ryczeli i robili groźne miny. Jedne i drudzy byli rozczulający w swoim naiwnym naśladownictwie. Bawiło mnie, starego cynika, że studentka śpiewa "Kasztany" głosem Edyty Górniak, a licealista zapamiętuje się prawie do nieprzytomności śpiewając "Mury", chociaż nawet kolejki po pomarańcze nigdy nie przeżył. Jeden z występujących młodych poetów wykonał własną pieść inspirowaną "Kanałem" Wajdy, wybitnie niestrawny przykład licealnego patriotyzmu. Wg mnie, powinien się lepiej rozejrzeć dookoła i np. napisać balladę o nierównej walce polskich sklepikarzy z międzynarodowymi supermarketami...

Tylko gość honorowy imprezy, Grażyna Łobaszewska, nie zawiodła. Wyszła sobie skromnie na scenę, baba zwyczajna, nic nie udająca i zaczęła sobie śpiewać. Im dłużej śpiewała, tym trudniej było się oderwać... A kiedy zaśpiewała na koniec "You've got a friend", to wydawało mi się przez moment, że słucham na żywo Arethy. Panie, panowie, czapki z głów!

Dlatego, mimo że nie trawię Polonii i uroczystych polonijnych klimatów, powiem znów: dziękuję ci, konsulacie.

Terytorium kulturowo zależne
Czasem wydaje mi się, że mieszkam w amerykańskiej kolonii. Tubylcy wtrącają co chwila angielskie słówka, słuchają amerykańskiego popu i rozprawiają o najnowszych hollywoodzkich filmach, tak jakby nie mieli własnej kultury (z drugiej strony, nie dziwię się, bo niemieckie filmy mało kogo są w stanie poruszyć). Na rozdaniu dorocznych nagród niemieckiej TV i mediów Bambi gwiazdami byli Britney Spears, Pink, Keanu Reeves i Meg Ryan - tę ostatnią uhonorowano - cytuję - "za ogromny talent", a publiczność nagrodziła ją długą owacją na stojąco. No comments...
piątek, 21 listopada 2008
Moskwa-Monachium czyli wizyta z innego świata
Kiedy milczy - za szczupła, nerwowa. Chude, prawie spiczaste ramiona, wielkie ciemne oczy, długie czarne włosy spięte w koński ogon. Na twarzy zmęczenie, może napięcie, może nieufność. Wyglądałaby zupełnie tak, jak sobie wyobrażam rosyjską arystokratkę, (błękitna krew pulsuje pod bladą skórą), gdyby nie ten tani, rozczulający fioletowy sweterek. Jeszcze jedna rzecz, która odróżnia ją od innych kobiet na tej sali, ubranych z ciężką, niemiecką elegancją.

Kiedy mówi - otwarta, szczera, głos głęboki, z tremy trochę zachrypnięty. Angielski bardzo miękki, melodyjny, czasem improwizowany. W głosie jak egzotyczne przyprawy szczypta idealizmu, przebłyski głębszej myśli i odrobina przekory, a może zniecierpliwienia, kiedy odpowiada na kolejne pytania dotyczace sytuacji wewnętrznej i politycznej Rosji. Jako przybysz z obcej planety musi udowodnić, że nie jest wielbłądem (jak dobrze to znamy...), że w Moskwie da się żyć, a prostytutki już od dziesięciu lat nie stoją na ulicy XY.

Jak na autorkę kryminałów jakby za dużo przemyślała. Jak konstruuje fabułę, czy rozkłada na całym stole żółte samoprzylepne karteczki z wydarzeniami i wątkami, jak puzzle? Nie, tego nie robi nigdy. Pisanie zaczyna zawsze od jednego pytania. Jednego z tych, na które nie ma odpowiedzi. Czym jest zło? Co jest ważniejsze, miłość czy rodzina? (o tym jest przecież "Anna Karenina", mówi i uśmiecha się przepraszająco). Kiedy pytanie już jest, wymyśla postacie i potem już one same decydują, co się zdarzy.

Jej książki kosztowały mnie parę nieprzespanych nocy i skróciły wiele przejazdów metrem, więc idę o autograf. Pyta mnie o imię, a ja przy okazji zagaduję, co sądzi o aktualnym stanie stosunków polsko-rosyjskich. Szkoda, naprawdę szkoda, że jest, jak jest, odpowiada, mam nadzieję, że się polepszą, w końcu co innego relacje między państwami, co innego między ludźmi, w końcu jesteśmy do siebie tak podobni. Wzdrygam się lekko - my podobni do Rusków? - a potem myślę - owszem, jesteśmy podobni. Bo niby skąd nagle ta moja nostalgia i pragnienie, żeby wskoczyć w pociąg i pojechać na wschód, zaraz, w tym momencie? Do ludzi, którzy inaczej myślą, inaczej funkcjonują niż ci tutaj?

Kiedy wyszedłem z na ulicą, otoczyły mnie, wirując, wielkie białe płatki. Jak w Moskwie. Polina Daschkowa przywiozła ze sobą zimę i pierwszy w tym roku śnieg. Polina Daschkowa, była studentka Instytutu Gorkiego, tłumaczka, królowa rosyjskiego kryminału, 30 milionów nakładu w Rosji, 15 milionów za granicą, tłumaczenia na francuski, niemiecki, holenderski, hiszpański (na polski nie...). Która dzisiaj miała wieczór autorski w monachijskim Gasteigu.



poniedziałek, 03 listopada 2008
Zawód na wieczność
Byliśmy w sobotę na grobach. Tutaj ludzie nie zapalają tylu zniczów, lampki palą się pojedynczo na co trzecim grobie, za to wszędzie wieńce, stroiki i wrzos. A ja się dziwiłem, że wrzos sprzedają we wszystkich kwiaciarniach... Pomniki też są trochę inne niż w Polsce i panuje taki dziwny zwyczaj, żeby na nagrobku był obok imienia i nazwiska podany zawód. Bardzo szczegółowo. "Johann Schmid, profesor uniwersytecki", "Martin Weiher, handlarz mebli", dyrektor banku, piekarz, nawet praktykant (u zmarłego nagle na pocz. XX wieku 21-letniego chłopaka) itp.itd... Tak jakby zawód jeszcze po śmierci definiował osobę. Jakieś mi się to wydawało dziwnie nieprzyzwoite, żeby nawet zmarłych wtłaczać w tego typu ramki.

Przy okazji, ciekawie się robi, jak się spojrzy na nagrobki z XIX i początku XX wieku. O ile mężczyźni mają zawody, o tyle kobiety określa wyłącznie zawód męża: małżonka adwokata, posiadacza ziemskiego, dyrektora itp.itd. A już absolutne kuriozum: Johanna XXX, wdowa po mistrzu ślusarskim. Tak jakby nawet po śmierci męża pozostała tylko dodatkiem do niego...

Ciekawe, co będzie tutaj dziwić ludzi za sto lat, jak się wybiorą na groby z początku XXI wieku ?...
sobota, 01 listopada 2008
Śmiertelna cisza o północy
- Gdyby coś takiego wprowadzili u nas, to ludzie wyszliby protestować na ulicę - powiedział wczoraj mój kolega z pracy, Hiszpan, do innego kolegi. Michael wzruszył ramionami.

Chodziło o bawarską ustawę o dniach świątecznych. Ustawa definiuje tzw. "ciche dni", czyli święta, w czasie których zakazane są głośne, rozrywkowe imprezy publiczne (dozwolone są wyłącznie takie, w czasie których "zachowany jest poważny charakter święta"). Na liście znajduje się m.in. Wielki Piątek i Wszystkich Świętych. Co w praktyce oznacza, że wszystkie imprezy Halloween muszą się skończyć o godz. 24.

Nie wiem, jak sobie poradziły wczoraj wszelkie duchy i potwory. Część pewnie została w domu, część poleciała straszyć już wczesnym popołudniem (pierwsze imprezy zaczynały się już o 17 i nie chodziło o zabawę w osiedlowym przedszkolu). Niektórzy organizatorzy zapraszali dopiero na 22, ciekawe, co się działo o północy? Muzyka cichła, ludzie siadali na podłodze i zaczynali rozmyślać zgodnie z poważnym charakterem święta?

Nie rozumiem, czy nie można wybawić się wieczorem i pójść następnego dnia na cmentarz? Co ma piernik do wiatraka? Niektórzy i tak o śmierci myślą tylko i wyłącznie na kacu ("Chyba zaraz wykorkuję..."). Dlatego postanowiłem sobie, że jak umrę, to pojawię się w bawarskim parlamencie i powiem, że mnie Halloween nie przeszkadza.