Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
piątek, 27 listopada 2009
Hałas i nieporządek
Monachium uchodzi za niemieckie centrum snobizmu i drobnomieszczaństwa. I coś w tym jest. Na naszym osiedlu ostatnio zmienił się regulamin. Do niedawna wolno było muzykować codziennie w godzinach 8-12 i 15-20. Gdyby ktoś nie skojarzył: 12-15 to przerwa na poobiednią drzemkę, bo tutaj obiad je się w południe. Od teraz nie wolno grać na instrumentach w niedziele i święta, a w pozostałe dni maksymalnie 2 godziny dziennie. Poprawkę przegłosowało zgromadzenie właścicieli mieszkań z poparciem zarządu spółdzielni, który stwierdził, że "niedziela i święta to w Bawarii tradycyjnie czas absolutnego spokoju i odpoczynku". Była też propozycja, żeby zlikwidować wolnostojące stoły do tenisa, "bo gromadzą się tam nastolatki z piwem" i zmniejszyć plac zabaw, "bo hałas, harmider, już nawet przyjeżdżają obce wózki spoza osiedla". Te poprawki na szczęście nie przeszły, dzieci są w Niemczech traktowane jak święte krowy, ale i tak przeraziło mnie dążenie do uciszenia wszystkiego. Wyobraźcie sobie świat, w którym niczego nie wolno, panuje absolutny ład i porządek - oto bawarski raj.



Na szczęście istnieje, nawet w Monachium, tzw. alternatywa. Np. centrum Kafe Marat, którego mottem jest "więcej hałasu i nieporządku w naszym mieście". W obskurnie przytulnym i oblepionym hasłami wnętrzu można na chwilę zapomnieć o zakazach, wypić naprawdę tanie piwo i podyskutować. Są też koncerty, odczyty i dwa razy w miesiącu Queerkafe dla LGBT. Ot, tradycyjna zachodnia lewica...

Miałem jeszcze wymyślić jakąś sensowną pointę, ale niechże tym razem będzie bez. Niech żyje anarchia! Dobranoc...

poniedziałek, 16 listopada 2009
Nowy dylemat Kaczyńskiego
Westerwelle ryzykuje konflikt w koalicji dla dobrych stosunków z Polską. Teraz Lech Kaczyński będzie miał dylemat: podać mu rękę czy nie podać. Niby otwarty gej, ale jednak obrońca polskich granic :)
środa, 11 listopada 2009
jedenasty jedenasty jedenasta jedenaście
Dzisiaj, 11 listopada o godzinie 11:11 zaczęła się w Niemczech oficjalnie piąta pora roku.
23:26, ticotico
Link Dodaj komentarz »
Bieguni czyli run, Frodo, run!
Gościliśmy w Muffathalle Witkowskiego, gościliśmy Stasiuka. W tym roku przyjechała Tokarczuk z książką "Bieguni". Nigdy za nią nie przepadałem, trudno mi się było odnaleźć w tym, co pisze... Ale czytałem w prasie, jak bardzo się rozwinęła - co tu dużo mówić, właściwie Nike powinna mieć na drugie Olga. No to poszliśmy.



Najpierw dezorientacja - gdzie jest Tokarczuk? Zamiast krótko ostrzyżonej intelektualistki siedziała na scenie jakaś dredziara. Okazało się, że nastąpiła zmiana image'u.

Niestety, nie stylu. Po kilku fragmentach przypomniało mi się bardzo wyraźnie, za co nie lubię Tokarczuk. Nadęcie, wielosłowie i powtórzenia (o, właśnie tak, zawsze muszą być trzy człony). Powiało pseudo-głębią. Kiedy doszliśmy do fragmentu, w którym "biegunka" (dwuznaczność niezamierzona przez autorkę) mówi: "Biegnij, ruszaj się, uciekaj!", niewiele brakowało, żebyśmy wzięli tę radę do siebie. Ale wytrwaliśmy na posterunku, zahartowani przez niezliczone lekcje języka polskiego i film "Rejs".

Po obowiązkowej rundzie abstrakcyjnych pytań ("Czy język jest pani ojczyzną?") prowadząca p. Agnieszka Kowaluk zagrała jeszcze z autorką w zabawną grę pt. towarzystwo wzajemnej adoracji: "Ach, jaka wspaniała książka!", "Ależ Agnieszko, to twoja zasługa, jakie piękne wybrałaś fragmenty do czytania" itp itd. aż wreszcie mogliśmy wstać i wyjść.

Nie, nie żałuję, że poszedłem. Warto było skonfrontować wspomnienia z teraźniejszością. Warto było również z drugiego powodu. Po raz pierwszy usłyszałem tłumaczenie lepsze od oryginału. Co było w oryginale nadęte i przemądrzałe, w tłumaczeniu brzmiało prosto i naturalnie. Pewnie to efekt mniejszej wrażliwości na tekst w obcym języku. Być może też zasługa tłumaczki, Esther Kinsky. Na pewno aktorki, Wiebke Puls, która tekst niemiecki przeczytała mistrzowsko.

Teraz czekam na Gretkowską...
wtorek, 10 listopada 2009
20 lat bez muru


W Berlinie skończyła się wielka feta, dwadzieścia lat od upadku muru... Zrobiłem małą ankietę wśród znajomych i wynika z niej, że nasi południowcy z Bawarii i Szwabii niezbyt głęboko przeżywają tę rocznicę.

Matthias: Co mi przychodzi na myśl w dwudziestą rocznicę upadku muru? Dziwne, że to już dwadzieścia lat!

Andrea: Coś tam wtedy słyszałam w telewizji, ale, szczerze mówiąc, miałam inne problemy...

Steffen: Najwyższy czas zlikwidować podatek solidarnościowy...

Co roku, w rocznicę upadku muru pojawia się w mediach temat podatku solidarnościowego, 5,5% od dochodu. Co roku ktoś z Zachodu stwierdza, że podatek trzeba zlikwidować i co roku wschodniacy czują się urażeni.

Dwadzieścia lat temu nie było kłótni o pieniądze. Wręcz przeciwnie. Każdy obywatel NRD odwiedzający RFN otrzymywał na wejściu podarek w postaci okrągłej sumki - w roku upadku muru 100 marek zachodnioniemieckich. Kiedy mur zniknął, pieniądze trzeba było dowozić do Berlina ciężarówkami, bo zapobiegliwi obywatele NRD podarki masowo kasowali i chowali na czarną godzinę. Przy czym niektórzy kasowali je nawet dwukrotnie, raz na dowód i drugi raz jeszcze na paszport... Tak mi przynajmniej opowiadał w pracy kolega z Turyngii.

Teraz podarków już nie ma - podatek solidarnościowy służy głównie do łatania budżetu. W dodatku minister transportu Peter Ramsauer - rodem z jakże biednej Bawarii - chce, żeby zakończyć odbudowę wschodnich Niemiec i zająć się odbudową zaniedbanego Zachodu. Wschodnie Niemcy mają nowy powód do zmartwienia.

Ale jak powiedziała wczoraj w telewizji żona Honeckera, trochę złowieszczo: jeszcze wrócą dobre czasy.