Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 29 marca 2009
Piekarnia
Niby takie proste - wejść, kupić chleb, wyjść. Niby wszędzie to samo - półki z chlebem, bułkami, ciasto i sprzedawca albo sprzedawczyni. A jednak wszędzie trochę inaczej.

Weźmy monachijskie piekarnie. Podchodzę do lady, proszę o drożdżówkę z makiem (nazywa się tu Mohnschnecke, czyli makowy ślimak, bo ciasto jest zwinięte w spiralkę). Drożdżówkę dostaję bez problemu. Fakt, smakuje tak sobie, najczęściej czuć jakieś prochy do pieczenia. Ale mnie to nie zaskakuje, bo od dawna wiem, że w Monachium nie tak łatwo znaleźć dobre pieczywo, miasto opanowały tanie sieci piekarni typu Müller (błe...).

A teraz wyobraźmy sobie, że jadę z M. na zachód, przekraczam magiczną granicę między Bawarią i Szwabią i wkraczam do szwabskiej piekarni gdzieś w Ulm czy Stuttgarcie. Tu już nie jestem tak pewny siebie. Mieszkałem w Stuttgarcie przez jakiś czas i niezależnie od tego, jak wyraźnie starałem się wysłowić, ragularnie spotykało mnie to samo. Zamiast podać mi drożdżówkę, pani za ladą robiła dziwną minę i mówiła: Eeee??? Wyglądało na to, że nie była w stanie ani nic zrozumieć, ani dopytać się w jakimś ludzkim języku. Ostatnio zdarzyło się to też mężowi, kiedy na dworcu w Stuttgarcie zamiast Mohnschnecke powiedział Monschnecke, z krótkim "o". Dwieście kilometrów od Monachium i już jedna głoska staje się przeszkodą nie do pokonania. Ale za to drożdżówki pycha, mniam mniam. Prawdziwa niemiecka jakość, tak jak ją sobie wyobraża mały Jasio.

Najciekawszą historię o piekarniach przywiózł nam znajomy z urlopu. Po kilku latach nauki fińskiego wybrał się do Finlandii, żeby obejrzeć kraj i poćwiczyć komunikację. Tydzień spędził w ślicznej małej miejscowości na wybrzeżu, gdzie była też mała, równie śliczna piekarenka. Pierwszego dnia wszedł i poprosił o chleb - po fińsku. Dostał go. Kiedy wszedł do piekarni następnego dnia, sprzedawczyni zerwała się - i uciekła na zaplecze. Minęło dobrych parę minut, zanim pojawiła się jej koleżanka, która sprzedała mu chleb. I tak powtarzało się to już przez cały tydzień. Kiedy wchodził do piekarni, sprzedawczyni pędziła po koleżankę, bo sama widocznie nie mogła się przemóc, żeby obsłużyć natarczywego obcokrajowca.

Podczas następnej wizyty w obcym kraju koniecznie wejdźcie do piekarni, dużo się można nauczyć.
poniedziałek, 23 marca 2009
Wielki sukces naszych siatkarzy!
Nie tylko Małysz zdobywa dla nas medale, o nie. Spieszę (już od ponad tygodnia tak spieszę...), no więc spieszę wam donieść, że odnieśliśmy ostatnio sukces również w siatkówce. Na międzynarodowych zawodach sportowych Wild Wild South w Stuttgarcie polscy siatkarze przegrali tylko z Chorwatami oraz jedną z niemieckich drużyn i po wyczerpującym dniu zmagań stanęli na podium, zdobywając brąz.



Po wspólnej kolacji wszystkie męskie drużyny udały się na dyskotekę do klubu Laura's, natomiast drużyny żeńskie do King's Club. Podział zupełnie naturalny, bo geje i lesbijki nie zawsze lubią bawić się razem :)

Na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę przeprowadzić wywiad z naszymi medalistami albo dołączyć do drużyny, podaję kontakt: www.volup.pl.
sobota, 14 marca 2009
Coppelius hilft!
To był koncert mojego życia, podróż w inny wymiar. Rocky Horror Show, Queen, Iron Maiden i jazz w jednym, ostre, ciężkie i akustyczne, przyprawione klarnetem i humorem rodem z Berlina lat dwudziestych. Zaznaczam, że nie jestem fanem metalu ani hard-rocka. Ale Coppeliusowi po prostu nie można się oprzeć. Świetna muzyka, odjechani muzycy, w tym wampiryczny Max mon amour (mniam mniam...) i tyle energii, ile produkuje w ciągu roku elektrownia atomowa.

Homepage Coppeliusa: www.coppelius.eu

I na zaostrzenie apetytu coś z YouTube...





P.S. Obejrzałem te filmiki jeszcze raz, szkoda, że tak mało oddają z brzmienia i atmosfery na koncercie... :(
wtorek, 10 marca 2009
Posłuchaj pan, panie podróżny, co się zdarzyło na Próżnej...
Próżna zrobiła na nas ogromne wrażenie podczas ostatnich odwiedzin w Warszawie. Była noc, staliśmy na martwej ulicy, wśród zrujnowanych kamienic i patrzyliśmy w oczy żydowskich rodzin na wielkich fotografiach. Dosłownie oko w oko z przeszłością. Przemknął żal, poczucie straty, Cień.



A teraz dowiaduję się, że na Próżnej powstanie luksusowy hotel. Kolejny pretensjonalny hotelik... Wszystko się odremontuje, wygładzi i pomaluje na wesołe kolory. Przepraszam, ale dla mnie to jakby na grobie postawić automat ze słodyczami. Czy Warszawy, która tak chętnie pokazuje swoje blizny, nie stać na to, żeby ulicę zachować dla bardziej szczytnych celów? Próżna jako muzeum getta albo żydowskiej historii byłaby jedyna w swoim rodzaju. Mogłaby odwiedzającym przekazać, zasugerować więcej niż setki zapisanych stron, tak jak Dom Anny Frank w Amsterdamie. Dlaczego warszawiacy chcą ukryć, zamalować to, czego ukrywać się nie powinno?

Tutaj jeszcze jeden głos nt. Próżnej, trochę mniej emocjonalny.