Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
czwartek, 28 czerwca 2007
Uciec by z Mnichowa
W Monachium jest ładnie i przyjemnie, ale latem ma się ochotę uciec z miasta. I ludzie uciekają, na wycieczki rowerowe, w Alpy, nad jeziora... A my ostatnio robimy jednodniowe wycieczki za granicę. No, prawie za granicę.

Green Farm Festival - Plakat

Dwa tygodnie temu wybraliśmy się na irlandzki Green Farm Festival. Festiwal odbywał się pod Monachium we wsi Halbergmoos, na farmie pewnego oświeconego rolnika, który dorabia organizacją różnych wydarzeń kulturalnych. Czego tam nie było! Miła atmosfera, dobry jabłecznik (Strongbow), dobre jedzenie (różne pie'e i ciasto marchewkowe), dobra muzyka, a przede wszystkim para komików Mark & Simon - już dawno się tak nie uśmiałem, byli prawie tak dobrzy jak mój ulubiony Kabaret Potem... Najedzeni, podchmieleni, wygrzani wiejskim słońcem wróciliśmy do domu, z sercem pełnym miłości do Irlandczyków i tęsknoty za dłuuugim urlopem pod gruszą...



A znów tydzień temu oczarowała nas Andaluzja, która rozłożyła się obozem w Parku Olimpijskim i prezentowała dumnie swoje miasta i uroki (patrz Tydzień Andaluzyjski w Monachium, tu oficjalna strona). Pogoda prawdziwie hiszpańska, żar lał się z błękitnego nieba, ludzie kryli się w namiotach z eksponatami i filmami reklamowymi (filmy profesjonalnie zapierające dech!) i zaraz wychodzili, bo w namiotach było jeszcze goręcej. Na środku, między namiotami stała scena, gdzie co dwie godziny odbywały się występy. Wyobraźcie sobie, dochodzi 16-ta, ni stąd ni zowąd pojawia się przed sceną grupa solidnie zbudowanych, roześmianych kobiet w kolorowych sukniach. Kobiety wchodzą na scenę, za nimi gitarzysta i zaczyna się: sevillanas. Śpiew: solidny, radosny, na całe gardło, aż się widzi andaluzyjskie białe wioski. Taniec: równie radosny, z rękami wijącymi się jak węże ("zerwij jabłko, zjedz jabłko, wyrzuć jabłko", tłumaczyła publiczności ruchy rąk jedna z tancerek). Ze sceny promieniowała energia równa mocy małej elektrowni atomowej. I znowu się zakochaliśmy, tym razem w Andaluzyjkach :) Były takie wesołe, zabawne i swojskie, jak ulubione ciotki gdzieś spod Lublina...

Dwie najsympatyczniejszeWszystkie gwiazdy
Taniec: zerwij jabłkoZ tyłu też piękne :)

Na koniec dnia na tej samej scenie flamenco: trzy czarne krzesła, na nich gitarzysta, śpiewak i tancerka. Zawsze ta sama kolejność: gitara rozpoczyna, napięcie rośnie, w pewnym momencie śpiewak zamyka oczy i zaczyna zawodzić przejmującym głosem. Powietrze ładuje się elektrycznością, wreszcie wstaje tancerka i zaczyna miotać się po scenie jak tygrys w klatce, nerwowa, napięta, na zmianę wykrzywiona i uśmiechnięta, tupie, wygina się, klaszcze, aż wreszcie wszystko osiąga swój szczyt i utwór się kończy. Cały występ też się kończy, za szybko, wszyscy rozchodzą się, niektórzy niosą do domu szczyptę tęsknoty i trochę czarnego popiołu, który pozostał z ognistego tańca.

Dobrze, że są na świecie kraje, gdzie nie wszyscy są tak spokojni i ułożeni jak tutaj. Dobrze, że obcokrajowcy tu przyjeżdżają. Inaczej to my musielibyśmy wyjechać, tym razem naprawdę. Do urlopu jeszcze trochę czasu, ale ja już chcę na wakacje!
Ograniczyć palenie
Robię zakupy w Tengelmanie (nasz najbliższy market). Przy stoisku z rzeczami na grilla stoją dwie babcie i oglądają pochodnie. Potem ruszają dalej, a do mnie dociera końcówka rozmowy:

Babcia1: Bo co, CO2?
Babcia2: No, ja już nie kopcę tyle co wcześniej.

Jak widać, w Niemczech hasła ochrony klimatu (ograniczanie emisji dwutlenku węgla) trafiły pod strzechy. Więcej o tym u Bartka Wielińskiego.
sobota, 23 czerwca 2007
Awans w dół
Kaczyński nazwał wynik szczytu wielkim sukcesem, stwierdził też, że Polska bardzo awansowała w Europie. Owszem, awansowała do roli warchoła i awanturnika nr 1. Z tego awansu na pewno cieszy się Wielka Brytania, tradycyjna czarna owca Unii. Blairowi udało się wszystko załatwić bez większych oporów, właśnie dzięki Polsce. Inna sprawa, że on się do sprawy zabrał w zupełnie inny sposób...
Dobra Merkel, złe Kaczuchy
Szczyt UE trwa - i już widać, że niezależnie od wyniku rokowań, moralne zwycięstwo w sporze Polska-Niemcy odniesie strona z lepszą propagandą, czyli Niemcy. Merkel podczas niemieckiego przewodnictwa w Unii starała się zbudować obraz siebie jako idealistki, która niezłomnie walczy o konstytucję dla wspólnego dobra, dla dobra Europy. Pewnie o to też jej chodziło, ale nie udawajmy, Niemcy skorzystają na propozycjach pani kanclerz, np. na systemie podwójnej większości. Tyle, że od tym się tu nie mówi. Lepiej przedstawiać Niemcy jako kraj, który na przekór złej, egoistycznej Polsce walczy o wspólną przyszłość.

Mam naprawdę za złe Kaczyńskim, że tak partaczą swoją politykę zagraniczną. Naprawdę, nie zasługują na miano polityków i dyplomatów, co najwyżej kacyków plemienia Polan. Zamiast odpowiedzieć propagandą na propagandę, wysławiać zalety sprawiedliwego pierwiastka, postawić siebie w roli obrońcy średnich państw Unii i starać się uzyskać poparcie tychże państw, zorganizować opozycję średniaków wobec Niemiec, Kaczyńscy postawili na buńczuczne deklaracje o tym, że Polska się nie ugnie, pierwiastek albo śmierć itp. bzdury. Że o wyciąganiu ofiar II wojny św. z grobów nie wspomnę, to już było poniżej wszelkiego poziomu. Nie ma się co dziwić, że niemiecka prasa może sobie używać od góry do dołu. Kaczyńscy mają to, czego chcieli.

Nie zależy mi w tym momencie na tym, żeby Polska miała w Unii więcej do powiedzenia - obecna polska władza może mieć na Unię tylko zły wpływ - ale przykro mi, że znowu mój kraj traci dobre imię przez bezmyślność swoich polityków.
piątek, 22 czerwca 2007
Moja straszna tajemnica
Zdradzę Wam pewną tajemnicę, chociaż trochę się wstydzę: od pewnego czasu cierpię na schizofrenię. Nie, nie poszedłem z tym jeszcze do lekarza. Bo niby co mam mu powiedzieć? Może tak:

- Guten Tag, Herr Doktor, przyszedłem, bo cierpię na schizofrenię.
- A jak się to u pana objawia?
- No, wyzwalaczem jest prawie zawsze wiadomość z Polski, np. "Polska blokuje rezolucję UE - Pierwiastek albo śmierć".
- Nie rozumiem...
- Już tłumaczę. Ano, widzę taką wiadomość i zaraz mi się świadomość dzieli na dwie części, może je tu nazwę dla uproszczenia Polak i Obieżyświat. I Polak mówi: "Ha, dobrze im tak, nie będzie Niemiec, arogancki dupek pluł nam w twarz!". A na to Obieżyświat: "Ale oni chcą dobrze, przecież tak mówią w radiu, i Kaczyński naprawdę nie ma racji.". A Polak: "Musimy bronić interesów naszego kraju". A Obieżyświat: "Ale Polska to tylko część UE, liczy się też interes Unii, Polska nie może tylko brać". A Polak: "Może, bo zasłużyła bardziej niż ci wszyscy tutaj, po latach biedy!". I tak dyskutują, a ja stoję na stacji i potem spóźniam się z tego wszystkiego do pracy.
- No, to jeszcze nie powód...
- Ale są też gorsze przypadki. Np. kolega z pracy mówi mi "Ten wasz Kaczyński chce do ludności doliczyć zmarłych, wszystko z nim w porządku?" Jako Polak już mam dać mu w mordę, kiedy chwyta mnie za rękę Obieżyświat i, zdrajca jeden, mówi: "No, chyba nie". W związku z czym Polak spuszcza manto Obieżyświatowi, potem na osobności...

Myślicie, że jakiś lekarz wziałby mnie poważnie? A tu objawy nasilają się. Polak cieszy się, że Polska pokazuje lwi pazur i będzie miała większe wpływy, boć to Ojczyzna. Obieżyświat niby nic, a potem go zatyka, bo uświadamia sobie, że wpływy Polski to wpływy Kaczyńskich i Giertycha, i że w końcu nawet do Bawarii może dotrzeć ptasia grypa. A ja? Ja siedzę cicho i czekam aż o Polsce ucichnie i znów będę miał fazę remisji.
sobota, 09 czerwca 2007
Legendarny Karl Valentin
Karl Valentin


W moim ulubionym radiu trąbi się ostatnio o 125-tej rocznicy urodzin Karla Valentina. Karl Valentin to legendarny bawarski komik i kabareciarz, wspaniały, legendarny, wyjątkowy, wyjątkowy, legendarny, wspaniały. Postanowiłem przekonać się sam i zaciągnąłem mojego chłopaka do Filmmuseum na pokaz kilku legendarnych krótkich filmów Valentina z lat 30 (tzw. valentinady).

Przesiedzieliśmy. Filmy były nudnawe i przyciężkie. Może nie miały być śmieszne, może miały zmuszać do refleksji? :) No cóż, sala rżała raz po raz, pewnie rozpoznawali kultowe cytaty.

Legendarny Karl Valentin, niestety kolejny dowód, że niemiecki humor nie dla nas (wyjątki typu Ralf König tylko potwierdzają regułę).
Przeprosiny z G8
Podczas dłuższej dyskusji przy śniadaniu mój luby wytknął mi, że krytykuję uczestników G8, a moje rozeznanie sytuacji sprowadza się do powierzchownych wiadomości radiowych i nagłówków w gazetach. Niestety ma rację. Co ja wiem tak naprawdę o rozmowach w Heiligendamm, może Merkel rzeczywiście coś osiągnęła? Najgorsze, że nie jestem w stanie nic sprawdzić, muszę polegać na opiniach innych. Człowiek jest istotą ułomną i ograniczoną...
Ósemka świętych na Świętej Grobli
Merkel ogłosiła wszem i wobec, jakim to sukcesem zakończył się szczyt G8. Jeden z sukcesów to 60 milionów dolarów, które kraje G8 przeznaczą w bliskiej przyszłości na walkę z chorobami zakaźnymi w Afryce. Angela zapomniała tylko wspomnieć o tym, że z 60 milionów tylko część to "nowe" pieniądze - reszta należy do projektów, które już od dawna są w toku. Czyli propaganda i oszustwo na wielką skalę.

Afryce pomaga się. Dawni kolonizatorzy i w ogóle ludzie dobrej woli ślą pieniądze, leki, koce, stare komputery, co tylko... Pomaganie biednym daje dobre samopoczucie. Ja też byłem przekonany, że to najwłaściwsza droga, trzeba głodnych nakarmić i spragnionych napoić. A potem wpadła mi w ręce Süddeutsche Zeitung, a w niej artykuł "Bitte helft uns nicht!" ("Proszę, nie pomagajcie nam!"). W artykule afrykański dziennikarz opowiada, jak pomoc i wieczne anulowanie długów służy afrykańskim reżimom, bo uniezależnia je od kulejącej gospodarki i żyjących w ubóstwie obywateli. Pieniądze idą na pałace i prywatne Jumbo Jety, a rządy pokazują światu głodne dzieci i żebrzą o więcej. Przykład Ugandy:

W roku 2000 Uganda była zadłużona na trzy miliardy dolarów. Odpuszczono nam dwa miliardy. Dla uczczenia tej okazji Uganda zaciągnęła parę większych pożyczek i kupiła odrzutowiec dla prezydenta. 200 milionów rozdzielono między panów polityków, mamy w końcu 68 ministrów i 73 doradców prezydenta. Dzisiaj [w roku 2005] Uganda ma pięć miliardów długu.

To co, przestać wysyłać pieniądze i leki? Sam nie wiem. Bo jednak nie tylko afrykańscy despoci są winni. Nie tylko reżimy, bierność i brak wykształcenia. Także w Afryce działają prawa ekonomii, a kraje rozwinięte wspierają swoich producentów i powstaje nieuczciwa konkurencja. Absurd, europejskie warzywa potrafią być w Afryce tańsze niż rodzime, bo rolnicy w Europie dostają dotacje. Tanie mleko w proszku z UE wykańcza hodowców bydła (polecam film o produkcji żywności w świecie globalizacji "We feed the world"). USA z kolei dotuje producentów cukru, a import zagranicznego cukru, także z krajów rozwijających się, jest ograniczony limitem.

Co zrobić z tym kłębem trudności i przeszkód, z którym od tylu lat boryka się Afryka? Nie wiem. Na pewno Merkel i jej koledzy mieli więcej możliwości, żeby zorientować się w sytuacji, żeby poszukać nowych rozwiązań. Ale nie wykorzystali okazji, bo nie bardzo im zależało. Dlatego poszli na łatwiznę, obiecali pieniążki i dali się sfotografować. Ósemka świętych na Świętej Grobli.
czwartek, 07 czerwca 2007
Boże Ciało czyli Dzień Różnorodności
Znowu wolny dzień, Boże Ciało, przez centrum Monachium przeszła procesja (podobno największa w Niemczech, dla zainteresowanych zdjęcia tutaj i tu też). Tymczasem na Klenzestraße trwa pierwszy z serii dorocznych gejowskich festynów ulicznych, Klenzefest. Piwo, muzyka, kabarety... Jak widać, Boże Ciało i gejowski festyn nie wykluczają się wzajemnie. Dla każdego coś innego. Geje mogą ignorować pobożnych, a pobożni gejów. Pobożni geje mogą po procesji pójść na piwko na festyn, ale założę się, że takich tu mało. Wreszcie, trzecia propozycja na spędzenie dnia to zignorować wszystkie zgromadzenia i pojechać nad któreś z wielu bawarskich jezior. Słońce świeci i mamy prawie 30 stopni.

Ja niestety nie jestem w stanie skorzystać z żadnej oferty, bo leżę w łóżku z przeziębieniem. Pech!
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Na ryby
Mówi się, że Monachium to nie miasto, tylko wielka wioska. Ja się z tym zgadzam, co rusz zdarza się tu coś, co do dużego miasta w ogóle nie pasuje. Ot dziś, idziemy sobie przez most w centrum, koło Deutsches Museum. Późne popołudnie, słoneczko przygrzewa, przed nami dwóch Arabów gapi się z mostu na rzekę. Zerkamy, a tam na płyciźnie koło piaszczystej łachy stoi wędkarz. Promieniuje od niego urlopowy spokój, mimo poniedziałku, może dlatego, że ubrany jest w stylowy ciemnozielony strój wędkarski, gumiaki po pas, kapelusz, cały jakby wycięty z żurnala (Niemcy mają manię do przebierania się w różne stroje: wędkarski na ryby, rowerowy na rower itp. itd.). Wędkarz rozpościera ręce i uśmiechnięty, z dumą pokazuje Arabom: o, taaka była. A potem, że złowił już dwie.

Fajnie tak czasem wyskoczyć do miasta na ryby.
 
1 , 2