Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 27 czerwca 2010
Austriackie gadanie
Mimo pięknej pogody zaciągnęło mnie coś do kina. W M. odbywa się właśnie Wielki Festiwal Filmowy, jednym z wątków jest retrospektywa twórczości austriackiego reżysera Ulricha Seidla. Jako żarliwy miłośnik austriackiego czarnego humoru aż podskoczyłem z radości, że oto otwierają się przede mną nowe horyzonty. Podskoczyłem i wskoczyłem, na rower, a potem do kina, patataj patataj na "Hundstage". Rozkładam się wygodnie w fotelu, film się zaczyna i już widzę, że warto było wydać parę euro na bilet. Oto bowiem znowu jestem w tej Austrii, którą znam z tylu filmów. Autostrada, słońce niby świeci pięknie, ale już za chwilę widać, że znów chodzi o to samo - a więc, że "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". Co pasuje do mojej prywatnej teorii, że sztuka w Austrii zajmuje się głównie zaglądaniem pod podszewkę ślicznej codzienności i szukaniem tam brudów, ewentualnie Nataschy Kampusch w piwnicy. Mają coś takiego filmy z Haderem, książki Jelinek i karykatury Haderera.

Świetnie, temat i podejście już znam, więc podoba mi się. Osiedle domków jednorodzinnych, ktoś wielki brzuch wystawia do słońca, tu jakaś pani w biustonoszu, para na leżakach koło betoniarki, nieźle, myślę sobie, w końcu ktoś zekranizował Haderera, pewnie pozazdrościł facet kariery filmowej Königowi i się upomniał. Film rozwija się jak to w Austrii - od drobnych śmiesznostek do przemocy na całego, wszystko przeplatane obficie bezpruderyjnym i nieapetycznym seksem. Zachwyca mnie to, taki klasyczny film, mieszczaństwo, seks i przemoc, a wszystko z humorem, po prostu sztuka austriacka (należy wyobrazić sobie mieszankę Barei z "Psami" i "Pianistką"). Pod koniec wprawdzie mam trochę dosyć wrzasków i szarpaniny, ale ogólnie jest dobrze. W końcu tego się spodziewałem i na to przyszedłem.

Zapala się światło, a tu niespodzianka. Jest z nami twórca. Padają różne pytania, a jak, a co, itd. Mnie też język świerzbi, każdy były prymus ma ochotę wymądrzyć się publicznie. W końcu dostaję swoje pięć minut i pytam, licząc naiwnie na zachwyt nad celnością moich skojarzeń: "Pańskie ujęcia są podobne do sposobu przedstawiania rzeczywistości u karykaturzystów austriackich, takich jak Deix czy Haderer. Czy to tylko przypadek czy coś więcej?". O-o. Widzę, jak reżyser lekko sztywnieje. Nie, żadnego podobieństwa nie ma, karykatury to jedno, a to jest film, obserwacja rzeczywistości. Ja ciągle jeszcze upojony swoją obserwacją: "Ale podobieństwo jest naprawdę uderzające!" Na to on już z grubej rury: "Ale ja nie filmuję karykatur, tylko ludzi.". Kropka, następny proszę. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że palnąłem straszną gafę. Powiedzieć, że się podoba, wiadomo, dobrze; że się nie podoba też nieźle, zawsze będzie mógł opowiadać, że ma przeciwników i jest prześladowany. Ale porównać Dzieło do karykatury? Toż chyba bardziej Tfurcy obrazić się nie da.

Tym bardziej, że przecież porównanie jest z gruntu fałszywe, w końcu karykaturzyści nie ludźmi się zajmują, rysują głównie marchewki.




Gerhard Haderer "Miłość romantyczna" (tu źródło)
niedziela, 20 czerwca 2010
Wybory na Röntgenstr.
No i spełniliśmy obywatelski obowiązek. Przy okazji poczułem się jak działacz na rzecz ekologii, bo byliśmy jedynymi wyborcami, który pod konsulat podjechali rowerami.

Mąż za to urządził mały happening na rzecz LGBT. Pewnie zadziałała podświadomość, podrażniona obecnością na sali dwóch kremowego koloru zakonników. Tak czy owak, kiedy po głosowaniu chował dokumenty, wypadła mu z kieszeni ulotka z jakiejś gejowskiej imprezy - z gołym facetem - wprost pod stopy pracownika konsulatu. Ten zachował zimną krew i udał, że nic nie widzi. Jakże typowe dla polskiej polityki. Uśmiechnięci zabraliśmy ulotkę, odczepiliśmy rowery i po pięciu minutach byliśmy w domu.