Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
wtorek, 14 lipca 2009
"A po co" w M-City
- Wiesz, piwko nam jutro nie pasuje, bo jest gejowska parada i w ogóle cały dzień jakieś imprezy.
- Aha... Słuchaj, a powiedz mi - po co to w ogóle jest? Po co się to robi?

Taka była reakcja mojej koleżanki - Polki - z Monachium na wzmiankę o gejowskiej paradzie. Tak mnie zatkało, że nie udało mi się prosto i profesjonalnie wytłumaczyć, że parada upamiętnia zamieszki w Stonewell, które uważa się za punkt zwrotny w historii walki o prawa gejów i lesbijek. Że jest to demonstracja, która łączy elementy polityczne - żądania pełnego równouprawnienia LGBT - z radosną zabawą uliczną. Że to dzień, który pokazuje, jak pięknie by mogło być, gdyby uprzedzenia i przesądy zniknęły z naszego życia. Itp. itd. teraz łatwo pisać kilometrowe tyrady, ale wtedy udało mi się tylko wyjąkać:

- Po co? A tak sobie, dla jaj! A po co się robi Oktoberfest?

Koleżanki to oczywiście nie przekonało, od pójścia na paradę razem z nami się wymigała i tyle. Dlatego zamieszczam filmik, żeby mogła sobie jednak coś obejrzeć. M.in. naszego burmistrza - 100% hetero - który dumnie kroczy na czele parady, powiewając tęczową flagą.



Zdjęcia na http://www.ganz-muenchen.de/freizeit/gay/csd_muenchen.html
.
09:40, ticotico
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 lipca 2009
Dwa wesela
Na jedno z wesel jeszcze możecie się wybrać - organizowany co 4 lata i sławny w całym regionie festyn średniowieczny "Wesele z Landshut" trwa do 19 lipca. Dla Polaków impreza jest o tyle ciekawa, że upamiętnia ślub bawarskiego księcia Jerzego Bogatego z córką Kazimierza Jagiellończyka, Jadwigą Jagiellonką, który odbył się w 1475. Przy okazji festynu można obejrzeć w Landshut najwyższą ceglaną wieżę na świecie - ponad 130 metrów!



A my w ten weekend byliśmy na innym weselu, w Fischbachau koło Bayrischzell. Piękna okolica, wesele tradycyjne, w gospodzie, rodzina, przyjaciele, miejscowi, część dziewczyn w tradycyjnych sukienkach, kelnerzy w skórzanych spodenkach, słowem wiejska Bawaria. No, może były dwa odstępstwa od tradycji - większość gości przyjechała z Turyngii we wschodnich Niemczech, a państwo młodzi obaj wystąpili w garniturach, w końcu dwóch facetów... Ciekawe, kiedy będzie możliwe, żeby dwóch gejów zorganizowało huczne wesele gdzieś w lubelskim i zaprosiło kolegów ze studiów, z pracy i ciotki, które wzruszone do łez będą ocierać oczy chusteczką. Nie tracę nadziei, że jeszcze czegoś takiego dożyję. Ale pewnie przyjdzie mi dotrzymać do setki.
poniedziałek, 06 lipca 2009
Witamy urlopowiczów!
Kiedy wróciliśmy do Bawarii z krainy wielkich drzew, wielkich gór i jeszcze większych autostrad, na lotnisku powitały nas Niemcy. I nie chodzi mi tu o niemieckie flagi czy dźwięk języczkowego "r", a o spotkanie, które uprzytomniło nam, że znaleźliśmy się znów w obszarze niemieckiej kultury.

Filarami niemieckiej kultury są oszczędność i gospodarność. Wielu ludzi, pozostających pod wpływem tejże kultury, gotowych jest poświęcić nieskończenie dużo energii dla najmniejszych nawet oszczędności, kosztem czasu, spokoju i wygody. Ziarnko do ziarnka... Postawa na pewno finansowo opłacalna, ale dla nas obydwu, wychowanych w gardzącej pieniądzem kulturze komunistycznego sarmatyzmu, obca i trochę denerwująca. Tyle przypisu do następnego akapitu.

Jeszcze otumanieni po długim locie, objuczeni jak wielbłądy, wleczemy się w stronę automatu, żeby kupić bilet z lotniska do centrum. Naciskam guzik - bilet kosztuje 9 euro - i w tym momencie zaczepia mnie jakiś facet i pyta, czy jedziemy do centrum. Owszem, jedziemy, odpowiadam, mile zaskoczony tym, że mój mózg wciąż jest w stanie wyprodukować gramatyczne niemieckie zdanie po tak długiej przerwie. Okej, odpowiada on, w takim razie za jedyne 11 euro możemy pojechać z nimi, tzn. z nim i jego dziewczyną do centrum, ponieważ oni właśnie kupili partnerski bilet całodzienny na cały obszar Monachium (z jednego biletu może korzystać grupa do 5 osób). Targujemy się jeszcze o cenę, w końcu zgadzamy się dołączyć. Facet spędza czas pozostały do odjazdu pociągu na poszukiwaniu osoby numer 5, żeby jeszcze trochę obniżyć koszty. Krąży wokół automatów, zaczepia, wypytuje... Nie udaje się, ale próbował, więc z czystym sumieniem wsiada ze swoją dziewczyną do pociągu.

Do nas tymczasem dociera, że nasz urlop definitywnie się skończył. Jakby to powiedziała Dorota z Czarnoksiężnika z Oz: Toto, I've a feeling we're not in Kansas anymore...