Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
sobota, 27 października 2007
Polscy przemytnicy
Czasem mam wrażenie, że niemieckie media hołdują niepisanej zasadzie "o Polakach źle albo wcale". Może to ogólnie cecha dzisiejszych mediów, które szukają skandali i sensacji, a nie nudnych obrazków o przyjaźni i współpracy? W każdym razie włączam dziś sobie kanał informacyjny N24, magazyn Süddeutsche Zeitung, i jeden z reportaży zaczyna się tak: "Co roku państwo niemieckie traci tyle a tyle euro z powodu przemytu papierosów. Źródło przemytu - Polska". No i pokazują dzielnych niemieckich celników, jak polują na autostradzie na polskich przemytników. Najpierw łapią jakąś rodzinę w dresach, co chciała przemycić 10 sztang, a potem zakuwają jakiegoś chłopaka w kajdanki i przesłuchują. Przekaz jest jasny - Polacy to drobni przestępcy, którzy okradają naród niemiecki. Jeśli chce się utrwalić antypolskie stereotypy, to trudno sobie wyobrazić lepszy sposób. Trzeba pokazywać właśnie takie jednoznaczne obrazki.



Tylko że gdyby przedłużyć trochę ten reportaż, to okazałoby się, że ktoś przemycone papierosy musi kupować. Czy kupują je tylko obcokrajowcy? Wątpię. Pamiętam jeszcze, jak przyjaciel ze Stuttgartu prosił mnie zawsze o sztangę papierosów, kiedy jechałem do Polski. Gdybym przywiózł dziesięć, to tylko by się ucieszył i pogratulował mi udanego przemytu :). Nic dziwnego, ceny papierosów w kraju-raju to skandal.

I tu dochodzimy do sedna. Przemysł tytoniowy i państwo zarabiają na papierosach i nie chcą wziąć pod uwagę, że złote czasy szczelnych granic się skończyły. W związku z tym zatrudniają psy gończe, które wyłapują przedsiębiorczych (bo jak ich nazwać inaczej wg terminologii kapitalizmu??). Trochę forsy się odzyskuje, przy okazji marnuje się praca i surowce (przechwycone papierosy się niszczy). A traci jak zwykle zwykły człowiek, po obu stronach granicy.

Ale po co mówić o takich mechanizmach, jeszcze by kto nie zrozumiał, albo obraziłby się jakiś koncern. Lepiej zwalić na prymitywizm i nieuczciwość Polaków. W końcu jaki Polak jest, każdy w Niemczech widzi.

P.S. Moja koleżanka-studentka znalazła sobie pracę w piekarni, na pół etatu i na czarno. Oprócz niej pracuje tam jeszcze jedna Polka, która już od dwóch lat nie może się doprosić szefa, żeby wreszcie zatrudnił ją legalnie. Szef jest rodowitym Bawarczykiem. Jeśli kiedyś ktoś piekarenkę skontroluje, to na pewno przyjedzie ekipa filmowa i nakręci, jak Kasię i Basię wyprowadzają w kajdankach. Komentarz będzie brzmiał: "Przez nielegalnie pracujących obcokrajowców państwo niemieckie traci rocznie tyle a tyle euro."
Obwodowa Komisja Wyborcza nr. 113 w Monachium
Co tam, panie, w polityce? Od wyborów minął już prawie tydzień, zastanawiam się, jak wygląda krajobraz po wielkiej bitwie. Pewnie, jak to zwykle, wyborcy ochłonęli po emocjach i zajęli się swoimi sprawami. A może Naród zaktywizował się politycznie i społecznie i zabrał za Odbudowę, Naprawę i Ulepszanie? Nie sądzę. Wysoka (hmm...) frekwencja wyborcza to tylko kolejny dowód na to, że Polaków najlepiej jednoczy i pobudza do czynu wspólny Wróg. Tym razem rolę wroga odegrał dla większości PiS.

W Niemczech wynik wyborów był oczekiwany z niepokojem i przyjęty z ulgą. Media podały wyniki, porozwodziły się o skandalicznym przedłużaniu ciszy wyborczej (woda na młyn tych Niemców, którzy twierdzą, że w Polsce nic nie działa), po czym rzecz zapomniano. No, był w moim ulubionym radiu krótki reportaż o planach Tuska, i to tyle.

Ciekaw jestem, jak duży wpływ mieli na ostateczny wynik wyborów Polacy mieszkający w Niemczech. Ci konserwatywni, i ci zmęczeni wysłuchiwaniem żartów na temat swojego kraju pod rządami bliźniaków. Co typowe, Kaczyński pojechał na spotkanie z Polonią do Chicago, ale w Niemczech spotkał się już tylko z Merkel. Zapomniał czy było mu nas za mało? (w Niemczech mieszka ok. 300 tys. Polaków). Media zignorowały nas w ten sam sposób i skoncentrowały się na Londynie i Dublinie. Może Polacy w Niemczech to drażliwy temat, zdrajcy Ojczyzny, volksdojcze? A może po prostu sprawa nie ma uroku nowości?

Tak czy owak, w M. do głosowania też stała kolejka, my przyszliśmy na końcówkę o 19.30 i postaliśmy sobie w przymrozku pół godziny. Nic to, wcześniej, o trzeciej po południu kolejka blokowała ponoć całą ulicę i zakręcała w boczny skwerek.

Najbardziej wzruszyła mnie najstarsza uczestniczka wyborów, 98-letnia staruszka, która żeby zagłosować przejechała 240 km. Dostała za to od konsulatu czerwoną różę, a od kolejkowiczów oklaski. Oklaski trochę za wytrwałość i trochę za spryt, bo w końcu nie dała sobie babcia zabrać dowodu :)
sobota, 06 października 2007
Czarnuchy
Miejsce:
monachijskie metro

Obsada:
kulturalna czarnoskóra para, cudzoziemcy
pijana baba w bawarskiej sukience z fartuszkiem, Niemka

Akt 1
Cisza, spokój.

Akt 2
Baba wsiada, siada naprzeciwko pary.

Baba (pełnym głosem): to przez takich jak wy w tym kraju jest źle, musimy na was płacić!

Cudzoziemiec mówi po angielsku, że nie rozumie.

Baba (po angielsku): rozumiesz dobrze. to przez was w tym kraju jest źle, muszę na was płacić!

Cudzoziemiec: nie wiem, o co pani chodzi.

Baba (coraz głośniej): dobrze wiesz o co mi chodzi !!!

Cudzoziemka kiwa rozpaczliwie na cudzoziemca, żeby już się nie odzywał, wygląda na naprawdę zaszokowaną

Akt 3
Wysiadam i nie wiem, co było dalej.

Komentarz:
Niemiecki nacjonalizm i rasizm ma w sobie coś specjalnego. Nie jest ideologiczny, jak nam się wmawia, tylko ekonomiczny. Opiera się na myśli, że wszyscy obrzydliwi obcokrajowcy przyjeżdżają do Niemiec obrabować Niemców z ich zasłużonego dobrobytu. W Stuttgarcie widziałem graffiti: "Czarnuchy przejadają moją emeryturę".

Tak się jakoś złożyło, że dzisiaj i o chamstwie i o nacjonalizmie. Ale życie w Monachium to nie tylko Alpy i Oktoberfest...
To niemieckie chamstwo
Byłem wtedy jeszcze studentem, na Erasmusie w Stuttgarcie. Któregoś dnia siedzimy z koleżanką Polką w salce komputerowej, jest koło południa czyli pora obiadowa. Nagle do salki wtacza się cała kadra naukowa instytutu i rozkłada na stolikach swoje sałatki, bułki, pizze i inne przekąski. Uśmiechają się do nas sympatycznie i zabierają do jedzenia. Dla wyjaśnienia: salka spełniała również funkcję instytutowej jadalni.

Naszym opiekunem był pewien profesor, również Polak. Nie wiem, dlaczego opowiedzieliśmy mu o tym zdarzeniu, ale do dziś pamiętam jego reakcję:

- I co, nie poczęstowali was nawet? To niemieckie chamstwo... - uśmiechnął się pod nosem

Zrobiłem wielkie oczy i pomyślałem sobie w duchu, że facet przesadza. Bo przesadzał. Ale fraza "niemieckie chamstwo" przypomina mi się odtąd raz na jakiś czas. A raczej ktoś mi o niej przypomina.

Ot, idziemy sobie z moim chłopakiem na wędrówkę w góry z gejowską grupą. Atmosfera rodzinna, śmiechy, pogaduchy. Rozmawiałem tego dnia z wieloma sympatycznymi ludźmi. Tylko, że bardzo często rozmowa zaczynała się w ten sposób:

- Tak się wam przysłuchuję od dłuższego czasu i zastanawiam się, co to za język, czeski czy polski...
- Polski.
- Aha. No, ja znam Polaków, moja sprzątaczka jest z Polski, bardzo dobrze pracuje. A wy co tutaj robicie?

Niby nic, ale ja nie wyobrażam sobie rozpoczynania rozmowy z sympatycznym facetem w Ukrainy za pomocą zdania "Cześć, jesteś z Ukrainy? Zawsze mi się podobali ukraińscy robotnicy na budowie."

Albo wczoraj, mój luby poszedł sobie ze znajomymi na piwo. Byli tam też znajomi znajomych i znów się zaczęło:

- A skąd jesteś?
- Z Polski.
(chwila zastanowienia)
- Ale wiesz, mówisz naprawdę z bardzo silnym akcentem.

Trafiony, zatopiony. Niemiecki wdzięk i takt. Zauważcie, że nie chodzi o ludzi wrogich i niechętnych, oni po prostu uważają, że mają prawo i powinni powiedzieć, co aktualnie myślą, bez względu na czyjeś odczucia. W końcu fakty faktami i nie ma się co obrażać, no nie? :)
środa, 03 października 2007
Jak pies z kotem czyli o zjednoczeniu
Święto Zjednoczenia Niemiec. Dla większości Niemców kolejne święto, część tradycyjnego długiego weekendu. Dla tych starszych i tych ze wschodu również czas refleksji. Już siedemnaście lat minęło od momentu zjednoczenia. Co się zmieniło? Jak wypada rachunek zysków i strat?

Słowem kluczowym jest "rozczarowanie".

Niemcy ze wschodu, z byłego NRD, Ossis, oczekiwali czegoś innego. Chcieli zmian, ale również samodzielności. A tymczasem zjednoczenie było raczej przyłączeniem NRD do RFN. Jak to określił jeden z moich znajomych: "Ci z Zachodu przyszli i wszystko wiedzieli lepiej. Pouczali nas, jak trzeba prowadzić firmy, zajmować się gospodarką, środowiskiem itd. itp. Zajęli się też naszą przeszłością i pokazali nam nasz zbrodniczy system. Wszystko zrobili za nas.". Z dnia na dzień, NRD zmieniło się dla wielu w jakiś obcy kraj. Zniknęło Stazi, odmalowano na kolorowo szare domy, ale zniknęło też bezpieczeństwo i miejsca pracy. Hmm, czy dla wielu Polaków nie brzmi to znajomo? Ale Polacy musieli dusić się we własnym sosie, a NRD-owcy mogli zrzucić winę za zmiany na kogoś innego, czyli braci z zachodu.

Z kolei Niemcy zachodni, Wessis, z właściwą sobie pychą sądzili, że po kilku latach właściwych (czytaj: zachodnioniemieckich) rządów NRD rozkwitnie i stanie się obiektem podziwu i zawiści całego świata ("Jak oni to zrobili??"), przykładem niemieckiego porządku i przedsiębiorczości. A tymczasem wschód od lat nie tylko nie może dociągnąć do poziomu zachodu, co gorsza, rozwija się dużo, dużo wolniej niż inne kraje z byłego bloku wschodniego, np. Polska. No cóż, co bardziej przedsiębiorczy wyjechali do Niemiec Zachodnich, za pracą albo na studia, na miejscu zostali w większości starsi i/albo niezaradni. Sami nie tworzą sobie miejsc pracy, a inwestorów z zewnątrz odstraszają wysokie koszty.

Co jednak najbardziej doskwiera Wessis to Solidaritätszuschlag, czyli podatek na odbudowę wschodnich landów. Wynosi 5,5% podatku dochodowego i płacą go wszyscy Niemcy. Nic dziwnego, że od początku wielu szemrało przeciwko temu rozwiązaniu, aż wreszcie w 2006 sprawa została przedstawiona do rozpatrzenia niemieckiemu Trybunałowi Konstytucyjnemu. Wielu polityków opowiada się za stopniowym obniżeniem wysokości tego podatku, m.in. przyszły szef bawarskiego rządu Beckstein. Oczywiście, wszyscy zaznaczają, że ograniczenie Solidaritätszuschlag nie oznacza końca niemieckiej solidarności. Ha, ha, solidarność, co jakiś czas słyszy się głosy polityków z zachodu, że landy wschodnie powinny bardziej oszczędzać, bo za dużo wydają :)

Do prawdziwego zjednoczenia i wzajemnej akceptacji Wessis i Ossis jeszcze droga daleka. I nie zmienią tego slogany i festyn z fajerwerkami raz do roku.