Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 26 października 2008
Pianistka na jesień
Ciemno, zimno, jesień, wyglądam przez okno na czwartym piętrze jak ze szczytu latarni morskiej. Co robi latarnik jesienią? Oczywiście tęskni za Ojczyzną i czyta "Pana Tadeusza". Niestety - albo na szczęście - "Pana Tadeusza" w domu nie mam, chociaż w szkole wolałem go od "Kordiana", a co do tęsknoty, to jakoś dziwnie nas z niej wyleczył Stasiuk - ponieważ przypomniał nam, że Ojczyzna jest również domem pewnego typu heteroseksualnych samców, który nas drażni. Jak więc teraz wyrazić swoją polskość, emigranckość, nostalgię? Na szczęście mamy swój własny sposób. Idzie się do kuchni i włącza CD pt. "Ballades" Joanny Michny, a konkretnie balladę f-moll Chopina. Potem można się już rozpłynąć...

Panią Joannę odkryliśmy przypadkiem i lekko odbiło nam na jej punkcie. Nikt tak pięknie nie gra Chopina, wiem, bo porównywaliśmy różne wykonania... :) Niech się schowają sławy, które katują Fryderyka dziwnymi interpretacjami ! U Michny dźwięki są u siebie, płyną i szemrzą jak kryształowa rzeka... Mają sens.

Joanna Michna
Ale co ja tu poetyzuję, lepiej od razu przejdę do reklamy :) Pani Joanna Michna wystąpi 10 listopada o 19.30 w Festsaal monachijskiego Künstlerhaus. Zagra Chopina, Schuberta, Liszta i Mendelssohna. Bilety można kupić w München Ticket. My już kupiliśmy... Koniec reklamy :) I koniec notki.
czwartek, 23 października 2008
"Staschuk" czyli subiektywnie
No i stało się, znów gwiazda zawitała nam na prowincję. Tym razem Andrzej Stasiuk ze świtą przyjechał promować książkę "Dojczland" (niektórzy w Polsce już ją znają ;)
Pierwsze wrażenie - niedobre. Ot, siedzi sobie taki Stasiuk, polski macho jak z obrazka, i opowiada coś polonistycznym żargonem. No dobrze, przyznam się, polonistyczny żargon jeszcze znoszę, ale nie cierpię facetów tego typu. Tych pewnych siebie prawdziwych polskich samców. No po prostu nie lubię i zawsze omijałem ich na kilometr, a tymczasem tu muszę z takim wytrzymać, bo zapłaciłem za bilet.

Mija czas, Stasiuk i jego tłumacz na zmianę czytają fragmenty książki. Odprężam się, bo książka świetnie napisana. Ach, ten warsztat... Po niemiecku brzmi nawet lepiej niż po polsku, bo nie słychać, jak Stasiuk manierycznie nosuje. Mimo to natłok stereotypów i tanich efektów (ciągłe nawiązania do obozów koncentracyjnych, Wehrmachtu, SS itp.itd.) raz po raz lekko budzi mnie z rozmarzenia.

Podczas dyskusji padają różne pytania, generalnie młodzi Niemcy próbują się dowiedzieć, dlaczego Stasiuk tak nieładnie opisał ich kraj. Odpowiedź: nie opisał kraju, tylko swoje wrażenia z niego, absolutnie subiektywne, ponieważ on właściwie Niemiec nie zna, nawet nie mówi po niemiecku. Uczciwe postawienie sprawy, myślę. Potem dowiadujemy się jeszcze, dlaczego Stasiuk napisał tę książkę - bo mu się uzbierały wrażenia z podróży, dla przyjemności pisania, no i dla kasy. Aha, czy nie obawiał się, że naiwny czytelnik pomyśli, że książka nie o subiektywnych wrażeniach jednak, tylko o Niemczech? Nie obawiał, w końcu książki nie pisze się dla czytelnika, tylko dla siebie, a poza tym to taka okropna ta książka w końcu nie jest, prawda? Ostatnie pytania są generalnie zbywane dowcipami. Potem do stolika rzucają się łowczynie autografów.

Podsumowanie - Stasiuk - obleśny, ale inteligenty, szczery i konsekwentny. Nie ma się do czego przyczepić. Książka - pełna stereotypów, uprzedzeń, powierzchownych obserwacji, ale przyznaje to otwarcie, poza tym jest świetnie napisana i zawiera parę myśli. Nie ma się czego przyczepić. Ja - lekko wkurzony, ale i ubawiony, generalnie nie mam się do czego przyczepić. Dopiero po rozmowie z mężem do dochodzę do sedna sprawy: wiemy, dlaczego książka została napisana, ale nie wiemy po co. Światu nic nie przynosi. Bo jedyne, co w sobie zawiera, to ograniczona wizja świata z punktu widzenia polskiego macho, a na nią naprawdę nie warto było marnować tyle papieru.

A jak mi ktoś coś tu spróbuje zarzucić albo, co gorsza, dyskutować, to ja, kochani, piszę to absolutnie subiektywnie i wara wam.
poniedziałek, 20 października 2008
Bawarskie ślady mojego dzieciństwa
- Świetnie! - powiedzieli Tomasz i Weronka. - Rzeczywiście potrafisz czarować!
- To dopiero początek - odpowiedziała Malutka Czarownica.
Kazała zniknąć śwince morskiej, chomikowi i żółwiowi i dalej bawiła się w czary. Wyczarowała jeszcze wiele śmiesznych rzeczy. Piec śpiewał piosenkę, w dzbanku do kawy wyrosły kwiaty, drewniane widelce i łyżki kuchenne, stojące wysoko na półce, odgrywały teatrzyk kukiełkowy. Dzieci nie mogły się napatrzeć.

Znacie? "Malutka czarownica" Otfrieda Preußlera. Jak byłem mały, zaczytywałem się tą książeczką, nie mając oczywiście pojęcia, że została napisana w kraju odwiecznego wroga ;-) Teraz sam mieszkam w tym kraju i co słyszę w ulubionym radiu? Wywiad z Preußlerem, który dziś kończy 85 lat. Przy okazji dowiedziałem się, że mieszka w Haidholzen koło Rosenheim, niecałą godzinę drogi od nas. Świat jest śmiesznie mały...

Przy okazji, w kinach właśnie leci "Krabat", na podstawie innej znanej książki Preußlera, takiej dla trochę większych dzieci. Sądząc po zwiastunie, film ma być niemiecką odpowiedzią na wszelkie Harry Pottery i Eragony. No zobaczymy.
poniedziałek, 06 października 2008
Nowa Australia
Wyjechaliśmy na krótki urlop do Berlina. Na dworcu powitała nas olbrzymia reklama:





"Polska zaskakuje", na plakacie jakiś latynos. Mnie ta reklama rzeczywiście zaskoczyła - swoim brakiem jakiegokolwiek związku z Polską.
sobota, 04 października 2008
W Monachium znów dożynki
Chyba muszę zmienić tytuł bloga na "Opóźnione z Monachium", bo się nie wyrabiam z aktualnościami... Od trzech tygodni mamy w M. coroczny stan wyjątkowy czyli Oktoberfest. W tym roku jubileuszowy, 175-ty...



Oktoberfest - albo inaczej Wiesen - wprowadza w mieście świąteczną atmosferę. Nasze przedsiębiorstwo komunikacyjne MVV wprowadza specjalny rozkład jazdy - metro jeździ częściej i dłużej, zwłaszcza linia do Theresienwiese, czyli U5. W centrum snują się faceci w spodenkach i koszulach i dziewczyny w dirndlach z fartuszkiem. Przyjeżdżają chmary turystów, dwie główne grupy to Amerykanie i Włosi. Ci pierwsi przebierają się chętnie za Bawarczyków, ci drudzy wolą koszulki z okolicznościowym napisem i filcowe kapelusze w kształcie kufla piwa.


Włosi na Wiesen

Im później, tym częściej słychać w mieście głośne grupowe śpiewy albo równie grupowe bełkotanie. Niekiedy trafi się też muzyczne wagon metra z Wiesen, którego kierowca puszcza przez głośniki różne hity, np. "Life ist life"... Niestety, czas Oktoberfest można stwierdzić w mieście również wizualnie i węchowo - nie każdy jest w stanie z podrażnionym żołądkiem dojechać do domu :)

Ale to nie wina specjalnego piwa, które warzy się specjalnie na Wiesen - piwo jest świetne, smakuje nawet mnie, chociaż piwa nie cierpię - a że kosztuje troszkę więcej niż normalne, ok. 8 euro za litr, no cóż... (zwykłe na mieście wychodzi za litr ok. 6-7 euro). Z innych festowych smakołyków mamy oczywiście klasyka, czyli Pół Kurczaka z rożna (halbes hendl) i olbrzymie brecle. Albo może pieczoną golonkę. Albo pół pieczonej kaczki. Albo wędzone ryby. A na deser migdały albo orzechy w cukrze, albo pierniki, albo... Mniam, mniam, aż ślinka cieknie (głodny jestem akurat), ale uwaga, o ile piwo jest tylko trochę droższe niż gdzie indziej, to jedzenie jest przedrożone strasznie.

Co się robi na Wiesen? Można pójść po prostu na spacer i podziwiać różne atrakcje, stoiska, karuzele, stroje itp. itd. Można też próbować wejść do jednego z namiotów. W zależności od dnia tygodnia i pory dnia, czeka się w kolejce przed namiotem od paru minut do paru godzin (no chyba, że się jest szczęściarzem z wejściówką i rezerwacją miejscą, ale o rezerwację trzeba się starać prawie rok wcześniej). Kiedy się już do namiotu wejdzie, należy poszukać kawałka miejsca przy jakimś stole (zazwyczaj nie ma), zamówić piwo i potem już śpiewać, tańczyć na ławce, zamówić, śpiewać, zamówić (już wiecie jak dalej). Po piwie rozkwitają spontanicznie przyjaźnie i flirty z sąsiad(k)ami przy stole, bójki zdarzają się również, ale raczej rzadko.






Flirty, powiedzą niektórzy z was, co mi po tym, po co mam zaczepiać jakieś dziewczyny, wolałbym tego blondyna w krótkich spodenkach i niebieskiej koszuli. Ależ proszę bardzo. Pierwsza niedziela Wiesen to od paru lat tradycyjnie "schwuler Sonntag" w namiocie Bräurosl. Schodzi się połowa gejowskiej populacji miasta, do tego całkiem dużo lesbijek, można spotkać wszystkich przyjaciół, znajomych i ludzi, których już się nie zna :), no i oczywiście, co dla wielu najważniejsze, poznać kogoś nowego. Na mnie zawsze wizyta w Bräurosl robi większe wrażenie niż wszystkie parady gejowskie - wchodzi się do olbrzymiego namiotu, w którym kłębią się tłumy - i można założyć, że każdy facet jest gejem. Na parę godzin przenosi się człowiek do jakiegoś równoległego, lepszego :) wszechświata.

W tym roku przenieśliśmy się tam na dłużej niż zazwyczaj, bo nasz Znajomy Student z Polski (pozdrowienia...) zmusił nas brutalnie, żeby pójść do Bräurosl już rano. Oktoberfest rano? Piwo rano? Ale nie było wyjścia. O 8.15 weszliśmy do namiotu i zajęliśmy strategicznie miejsca siedzące. W ostatnim momencie, o 8.35 wszystkie stoły były już zajęte. O 9.15 dostaliśmy pierwsze piwo. To był ciekawy dzień, stwierdziliśmy, wychodząc lekko chwiejnie wieczorem o dwudziestej drugiej.

Oktoberfest już się kończy, jutro ostatni dzień, ale jeśli ktoś jeszcze chciałby się pospieszyć, to gwoli informacji, standardowa męska wyprawka kosztuje ok. 200 euro (koszula, skórzane spodenki, buty i wełniane skarpetki), dziewczyny mogą dirndl dostać taniej. I niech was nie zniechęci tegoroczny hit :)