Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 13 lipca 2014
Stan gotowości
W Niemczech stan wyjątkowy. Naród czeka na zwycięstwo.

Jadę pociągiem osobowym z miasteczka A do miasta B. Zazwyczaj w niedzielę wieczór jest tłok, ale dziś można się rozłożyć jak się chce. Jadą tylko jakieś niedobitki. Nic dziwnego, za 15 minut mecz. Wszędzie imprezy, prywatki i Public Viewing na placach i ulicach. Już od wczesnego popołudnia wszędzie widać było dziewczyny i chłopaków w koszulkach reprezentacji, a jak nie, to chociaż z opaską, chustą, kapeluszem czy czymkolwiek w kolorach narodowych. Podczas mundialu w Niemczech w 2006 dyskutowano jeszcze, czy wolno się tak obnosić z narodową flagą, ciągle był taki lekki dreszczyk na wspomnienie wielkich flag z czasów nazizmu, teraz to już norma i uświęcona tradycja. Więc chorągiewki dolepiane do samochodów nadal odpadają na autostradach i zagrażają bezpieczeństwu :-)

Kończę i szukam radia, które mi ten mecz na żywo zrelacjonuje... :-)
piątek, 27 czerwca 2014
Kabaret warszawski, kabaret metafizyczny
Urządziłem dzisiaj prywatną promocję polskości czyli prawie-że paradę. W jaki sposób? Zamiast na mecz Niemcy-USA wybrałem się do teatru.

Kiedy powiedziałem o swoich planach koledze z pracy, uniósł lekko brwi:
- To pewnie wielkiego tłoku w teatrze nie będzie?

Miał rację, nie było. Na widowni tu i tam przeświecały większe i mniejsze łysiny. Ale nie zniechęciło mnie to. Nie przyszedłem w końcu dla publiczności, tylko dla Warlikowskiego, którego przedstawienie chciałem zobaczyć od dobrych paru lat.

Chociaż publiczność też była całkiem interesująca. Składała się z dwóch części, polonofilnej i operomanijnej. Polonofile, głownie Polacy i garstka Niemców, przyszli na "coś polskiego". Podejrzewałem, że większość z obecnych na widowni rodaków w życiu o Warlikowskim nie słyszała, co się później potwierdziło. Po prostu przyszli na kabaret, haha, biedactwa niewinne. Niektórzy robili potem wieelkie oczy... ale nie uprzedzajmy faktów. Natomiast operomani (czyli miłośnicy opery) przyszli albo na Warlikowskiego - który coś już kiedyś wystawił w operze w M. - albo po prostu na abonament. Jeśli się ma zapłacone bilety na cały rok, to można po prostu ot tak wpaść do teatru, prawda, kochanie? No i część wpadła, żeby odróżnić się od hołoty kibicującej przed telewizorami, pary w wieku od średniego do zaawansowanego, eleganckie i nudne, z wyglądu co jeden to pan dyrektor w małżonką czyli porządny garnitur i naprawdę elegancka sukienka. Ubranie ślicznie odróżniało towarzystwo operowe od Polonii, która pojawiła się raczej elegancko-nieformalnie, w letnich sukienkach, białych sweterkach, koszulach i t-shirtach (to ja, ale przysięgam, że był czarny, z wyjątkiem napisu na plecach).

Różnice były nie tylko w ubraniach, ale i w reakcjach. Przynajmniej podczas części pierwszej, na podstawie Isherwooda i filmu "Kabaret", w której co 5-10 minut padało słowo "Hitler". Przez polską część widowni przebiegał rozbawiony dreszczyk, Niemcy natomiast sztywnieli i zaciskali zęby, jakby smagnięci biczem.

Z tej części pamiętam głównie olbrzymią rozmiarami i głosem panią Celińską - rolka malutka, ale wielka kreacja i wspaniałe aktorstwo. Nie, przepraszam, była jeszcze elegancka i czarująca pani Dałkowska. Poza tym wiem, że szalała po scenie p. Cielecka, szeroko rozstawiając nogi przy każdej okazji i p. Chyra, który jednak zdegustował mnie lekko, bo jego Christopher Isherwood był co najmniej bi, jeśli nie 99% hetero. Prawdziwy Isherwood podczas premiery "Kabaretu" z Lisą Minelli podobno wstał i głośno oświadczył, że film to bzdura i oszczerstwo, bo on osobiście nigdy w życiu z kobietą nie spał.

Z drugiej strony, może Chyra musiał być hetero, tak dla kontrastu, bo poza tym roiło się od ciepłych chłopaków i męsko-męskich uścisków i pocałunków. Mnie się to akurat podobało, ale niektórzy robili miny. Co się nie podobało i mnie, ŧo jakiś ogólny brak wydźwięku, wielkie zagęszczenie anty-niemieckich stereotypów, może śmieszne gdzie indziej, ale w M. raczej żenujące, no i generalnie straszny angielski i niemiecki naszych aktorów. Np. strasznie mi to zepsuło piękną piosenkę Marleny Dietrich. Przepraszam, czy nikt nie mógł powiedzieć pani Cieleckiej, że w słowie "Heimweh" nie wymawia się końcowego "h" i że w piosence są słówka "wär'" i "hätt'" (byłabym, miałabym), a nie "war" i "hatte" (byłam, miałam)? Co do tego ostatniego, podejrzewam, że po prostu polska i dumna drukarka nie wydrukowała umlautów ;-)

O ile co do pierwszej części miałem mieszane uczucia, o tyle druga mnie porwała, otumaniła i potrząsnęła zaspanym ośrodkiem człowieczeństwa w moim mrówczym mózgu szarego pracownika Firmy. Zrobiło się bardziej kameralnie, połowa miejsc stała pusta, bo większość dyrektorów z żonami po przerwie ulotniła się do domu. Potem wyszedł na scenę Jacek Poniedziałek, potem Maja Ostaszewska, Magdalena Popławska, Bartek Gelner (ciacho...) i zaczął się nad wszystkim unosić Duch, duch wolności, lat 70-tych, pierwszego Hair, pierwszego Rocky Horror Show, jak w wehikule czasu. A może to był Almodovar z lat 80-tych? Wszystko naraz, wzmocnione tańcem, szczerą, otwartą nagością, seksem, emocjami, humorem. Do teraz jestem pod wrażeniem. Niektórzy widzowie patrzyli na siebie zdegustowani. A ja czułem się jak w niebie, choć dlaczego nie wiem, nie wiem (skąd to cytat?). Gdyby nie to, że dziś ostatni pokaz w M. to jutro znów bym poszedł, żeby się naładować tym obłędem. Ale nie pójdę niestety, więc siedzę i opisuję, bo tęsknię (znów cytat).

Przy okazji, rozbawił mnie znajomy, Polak w średnim wieku, o którym wiem, że wypowiada się o gejach raczej ostro i niepochlebnie. Po 4 godzinach wzrokowo-akustycznego kontaktu z gejowskim życiem i seksem oświadczył, że jemu się podobało, tylko jego dziewczyna była "lekko zdegustowana, hehe". Słodkie. Może jest jeszcze nadzieja na cudowne uleczenie homofobii - poprzez kurację wstrząsową Warlikowskim?

"Life is a cabaret, old chum - come to the cabaret!"
Reaktywacja?
Zatęskniłem za tą stronką. Czy coś z tego będzie? Czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki?
02:21, ticotico
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 października 2010
Przypadkowe zakończenie
W tym miejscu kończy się ten blog. Kończy się tak samo przypadkowo, jak się zaczął. Nie mam czasu, nie mam ochoty i myślę, że formuła się wyczerpała - ile razy można pisać o Oktoberfest albo zachwycać się bawarskim błekitnym niebem... Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali, zwłaszcza tym, którzy zadawali sobie trud pisania komentarzy. Do usłyszenia, do zobaczenia, może w kolejnym blogu, gdzieś kiedyś. Serdeczne pozdrowienia z Monachium, ticotico
02:37, ticotico
Link Komentarze (4) »
czwartek, 16 września 2010
Niezwykłość przestrzeni
A po ognistym czarnoksiężniku: kryształowy chłód przestrzeni międzyplanetarnej... I jej osobliwa pustka




wtorek, 07 września 2010
Oczy czarnoksiężnika
Genialne... Słucham maniakalnie dniem i nocą.



A tutaj tłumaczenie na angielski.
środa, 25 sierpnia 2010
Kto pyta, a kto nie pyta
Mąż pojechał służbowo do Warszawy, na dłuższy czas. I opowiada mi o swoich wrażeniach, a że ciekawe, więc może coś z tego streszczę. Ostatnim tematem była komunikacja w pracy czyli kwestia pt. "pytać nie pytać".

Różnice między Polską a Niemcami widać już w szkole. Córka koleżanki z pracy była na wymianie młodzieżowej gdzieś pod Wrocławiem. Bardzo jej się podobało, wróciła zachwycona krajem i ludźmi, tylko jedno ją zaszokowało. "Oni w ogóle się nie odzywają na lekcjach!", stwierdziła, "Nauczyciel od angielskiego cieszył się, że my byliśmy, bo z polskiej grupy nikt nie zadawał żadnych pytań".

Mnie to akurat nie zdziwiło. Pamiętam jeszcze atmosferę w szkole - nikt się nie odzywał, bo za "głupie pytania" albo nieprawidłową odpowiedź można było zabrać minusy. Ten, kto pytał, odsłaniał swoją niewiedzę i ryzykował, że nauczyciel a) uzna go za nieuka b) sam zacznie pytać. Dlatego lepiej było siedzieć cicho i nie wychylać się. Nasz niemiecki lektor na studiach rwał włosy z głowy, bo w dwudziestoosobowej grupie po zadaniu najniewinniejszego pytania zapadała cisza. W końcu nauczył się wyrywać studentów do odpowiedzi.

W Niemczech jest inaczej. Podobno już w szkole dostaje się oceny za aktywność. Jeśli ktoś się nie udziela, tylko siedzi i przeczekuje, to nie za dobrze wypada. Na zajeciach moi koledzy i koleżanki zadawali bez żenady najgłupsze pytania, a wykładowca bez mrugnięcia okiem na nie odpowiadał. Przecierałem oczy, bo jego cierpliwość wydawała mi się nadludzka. A tymczasem było to po prostu przyzwyczajenie i od dziecka wpojone przeświadczenie, że jeżeli ktoś czegoś nie wie, to trzeba mu to wytłumaczyć.

I to działa, nie tylko w szkole. W pracy jest tak samo. Nowy pracownik jest wprowadzany w swoje zadania systematycznie i szczegółowo, ma opiekuna, który przerabia z nim listę tematów, od tych dotyczących pracy do organizacyjnych typu "co zrobić, jak skończą mi się ołówki". Nowy pracownik ma prawo zawracać wszystkim głowę i nikt się nie dziwi. Czasem aż wstyd mi było, że ktoś mi tak wszystko tłumaczy, jak pastuch kozie. Ale pytań się oczekuje, wg zasady "Lepiej przyjdź i zapytaj, niżbyś miał zmarnować pół dnia na dowiadywanie się w inny sposób".

Mąź już bardzo się zniemczył, co tu ukrywać, więc podświadomie oczekiwał takiego podejścia do komunikacji w Warszawie. A tymczasem zaskoczenie. Jakieś tam wprowadzenie było, ale po łebkach na zasadzie "po co sobie zawracać głowę szczegółami". Na jedno, raczej ważne pytanie dostał odpowiedź: "A to ty nie wiesz?", wraz z sugestią, żeby sobie poszukał. A najśmieszniej wyszło, kiedy on z kolei coś tłumaczył koledze, który niedawno zaczął pracę. Tłumaczył z przyzwyczajenia tak jak w Niemczech, czyli jak krowie na rowie. Kolega słuchał, ale wydawał się lekko zniecierpliwiony. Pewnie czuł się młody, zdolny i atrakcyjny i nie rozumiał, czemu ktoś go traktuje jak drugoroczniaka.

Moja teoria: wymiana informacji w Polsce jest kwestią delikatną, trzeba uważać, żeby żadna ze stron uczestniczących w transakcji nie straciła twarzy. Dawca informacji musi ograniczać ilość informacji, żeby odbiorca nie poczuł się zlekceważony. Natomiast biorca nie powinien za dużo pytać, żeby dawca nie uznał go za ignoranta.

Konsekwencje różnic? W Niemczech bardzo dużą część czasu pracy zajmują spotkania, narady, maile i ogólnie wymiana informacji. Na naradach wybuchają dyskusje nt. najgłupszych detali, bo pracownicy nie boją się wyrażać własnego zdania. Czasem ma się dość ględzenia i chciałoby się wreszcie po prostu zabrać do pracy, zamiast lecieć na kolejne spotkanie. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko ględzenie się opłaca i jakość produktów na tym korzysta.

W Polsce? Komunikacja chyba troszkę kuleje, wiele rzeczy zostawia się na pastwę radosnej twórczości pracowników. Czas marnuje się gdzie indziej: wiele osób siedzi i próbuje coś tworzyć na własną rękę, żeby tylko nie musieć się poniżyć pytaniem o radę. Pamiętam, że w pierwszych miesiącach pracy tutaj wiele czasu zmarnowałem na wyważanie otwartych drzwi, właśnie dlatego, że nie byłem przyzwyczajony pytać. Jeszcze jeden przykład z opowieści męża: Na spotkaniu międzynarodowym Niemka zadawała mnóstwo pytań. Polki patrzyły na nią z lekkim poirytowaniem: po co pyta, przecież może sobie znaleźć odpowiedzi sama. Tyle że ona po naradzie już wszystko miała zapisane, a one dopiero musiały zabrać się za szukanie.

No i jak się podobało? Nie, lepiej nie odpowiadajcie :)
niedziela, 18 lipca 2010
Droga pani telewizjo czyli moja wersja EuroPride
Ojciec mojej koleżanki z podstawówki nakleił swego czasu na telewizorze napis "Wszystko kłamstwo". Napis miał przypominać o komunistycznej propagandzie i wzywać do czujności podczas oglądania telewizji.

Nie wiem, czy telewizor z napisem jeszcze stoi. Komunistyczna propaganda od dawna należy do przeszłości, ale natura nie znosi próżni, więc jej miejsce zajęła manipulacja, bardziej subtelna i wyrafinowana.

Wczoraj byliśmy na EuroPride w Warszawie. Zastanawialiśmy się, czy wziąć udział w tej imprezie. Przede wszystkim, mieliśmy spore obawy o własne bezpieczeństwo, nafaszerowani obrazami maszerujących tłumów wszechpolaków. Ale po tylu niemieckich paradach, w których wzięliśmy udział, postanowiliśmy wreszcie wesprzeć Polskę.

Dzień zaczął się piękny, nawet przesadnie, bo o 13-tej było już dobrze powyżej 30 stopni. Na Placu Bankowym kłębił się radosny, kolorowy tłum. Kolorowy przede wszystkim z powodu tęczowych flag - przebierańców i drag queen było nie za dużo, w końcu Polacy są grzeczni i porządni... A może po prostu nie chcieli prowokować?



Ruszyliśmy. Ja z lekką drżączką, zastanawiając się, z której strony polecą jajka czy kamienie. Idąc zauważyłem gdzieś w kącie placu małą grupkę otoczoną szczelnie kordonem policji. Coś tam skandowali, było parę podniesionych pięści, ale nie za bardzo było widać. Zresztą zaraz zostali z tyłu.



No i idziemy, idziemy, w tłumie. Po bokach przemykają policjanci w odblaskowych kamizelkach. A na chodnikach stoją ludzie. I patrzą, robią zdjęcia, machają. Z okien też się patrzą, ktoś trzyma tęczową chorągiewkę. Gdzie te jajka?



Po godzinie po prawej wreszcie grupka z "Zakazem pedałowania". Robię zdjęcia, ale ciężko to idzie, bo gapie i policjanci zasłaniają, a ich jest może ze 20 osób. No i już ich minęliśmy, po ptokach, więcej zdjęć nie będzie. "W tym roku i tak ich dużo", mówi znajomy Tomek z Warszawy. Dużo? To czego ja się bałem?



Naszym przeciwnikiem okazują się nie prawicowcy, a upał. Trasa zostaje lekko skrócona i po 16 docieramy na Plac Konstytucji, spaleni słońcem, zmęczeni, ale roześmiani i szczęśliwi. Gra muzyka z plaform, ludzie tańczą. Teraz przydałby się jakiś wielki koncert na placu, ale niestety organizatorzy nie przewidzieli. Więc powoli, powoli rozchodzimy się. Napompowani radosną energią. Że jesteśmy. Że jest nas tak dużo. Że mogliśmy głośno powiedzieć, o co nam chodzi, idąc ulicami Warszawy w słoneczny dzień.



Taka jest moja wersja. Inne wersje znajdziecie w Gazecie Wyborczej, na Homikach i w różnych innych miejscach. Np. na stronach różnych telewizji.

Taak. Tutaj mina mi zrzedła. Polsat: maszerujące tłumy wszechpolaków, wywiad z wszechpolakiem, dwie cioty. TVN: maszerujące tłumy wszechpolaków, szamotanina z policją, parę drag queen. TVP Info: wszechpolacy, drag queen, przebierańcy. Myślałby kto, że parada była jakąś bitwą między facetami w glanach i facetami na szpilkach. Bitwą bardziej krwawą niż pod Grunwaldem. W której wzięły udział dwie armie, ta wielka wszechpolska i ta mniejsza gejowska. A tymczasem wszechpolaków było tylko 300-tu, a parada liczyła 8 tysięcy!

Ale mogło być 100 tysięcy, tyle tylko, że telewizja polska, publiczna i komercyjna, zastrasza lesbijki i gejów pokazując im przerysowane obrazy przemocy. A konserwatywną część społeczeństwa podjudza obrazami drag queen i rozebranych facetów, których z tak wielkim trudem reporterzy wyszukali w tłumie normalniaków. Jedna wielka manipulacja, która od lat świetnie służy interesom rządzącej prawicy. No i oczywiście podniesieniu oglądalności.

Dlatego zachęcam: przyjedźcie za rok i przekonajcie się sami!
środa, 14 lipca 2010
Z urlopu
Już się kończy. Fajnie było, ale coś nam się nie udało - dostać się na dzisiejszy koncert Estrelli Morente w Cueva de Nerja. Estrella Morente to głos Penelope Cruz w piosence "Volver" z filmu pod tym samym tytułem. A oto, co straciliśmy:



czwartek, 08 lipca 2010
Przegrać z honorem

Niemcy przegrały wczoraj mecz 0:1, zasłużenie, bo Hiszpania była lepsza. Dzisiaj na portalu GMX artykuł pt. "Cała Hiszpania świętuje 'Czerwoną' ", o tym co działo się w Hiszpanii po zwycięstwie. Artykuł zaczyna się od słów:

Troski związane z kryzysem gospodarczym i wysokim bezrobociem jakby się ulotniły.

Jasne. Artykuł jest o piłce nożnej, ale przeciwnikowi należy subtelnie przypomnieć, że gospodarczo stoi dużo, dużo niżej niż Mistrz Światowego Eksporu Niemcy ("Exportweltmeister" to jedno z ulubionych określeń niemieckich dziennikarzy, kiedy piszą o swoim kraju). Niemcy nie umieją przegrywać. Fakt, mało kto umie, ale z nich wychodzi wtedy coś bardzo brzydkiego i zaczynają się chwyty poniżej pasa. Kompleks rasy panów? Mają taki dziwny pęd do potwierdzania swojej wyższości, a kiedy się nie uda, zaczyna się szukanie wymówek, czyt. wszystkiemu są winne jakieś ciemne machinacje innych.

Ciekaw jestem, jak sobie dzisiaj radzi w pracy mój hiszpański kolega. Nam na szczęście udało się wczoraj poświętować z Hiszpanami, "mimo trosk związanych z kryzysem i wysokim bezrobociem"...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27