Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
niedziela, 04 lipca 2010
Zgoda narodowa cyli strasna zaba
Zgoda buduje! Wspólnym wysiłkiem! Nie ma wolności bez solidarności! Taka jest prawda o Polsce!

Nie wiem, czy Komorowski był w seminarium, ale nieźle kopiuje styl kazania, same wielkie hasła, banały i pustosłowie. Gdzie jakieś konkrety dotyczące prezydentury? Czy naprawdę największym problemem Polaków jest brak zgody narodowej?

Tak mnie rozpuścił pobyt w Niemczech, tutaj też kandydaci obiecują gwiazdkę z nieba, a potem wypinają się na wyborców - ale obiecują konkrety - obniżenie podatków, lepszą edukację, zwiększenie pomocy socjalnej. A ja z kampanii Komorowskiego dowiedziałem się głównie, że ma pięcioro dzieci, czym odróżnia się od podejrzanego singla Kaczyńskiego. Nie cierpię Kaczyńskiego, ale uważam, że zarzucanie mu, że jest kawalerem (w podtekście: gejem) to najlepszy dowód, że Platforma od PiS-u różni się głównie nazwą. A poglądy obu partii są te same i jedynie słuszne...

Koniec marudzenia, ciekaw jestem, jak teraz Platforma rozwinie skrzydła i jak Polska pod jej rządami rozkwitnie. A na deser wierszyk, który mi przyszedł do głowy, kiedy słuchałem Komorowskiego. Wierszyk z roku 1936, czy coś się od tego czasu zmieniło???



KONSTANTY  ILDEFONS  GAŁCZYŃSKI

Strasna zaba
wiersz dla sepleniących

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;

wychodzą ze sklepu,
pani w sloch, w ksyk i w lament:
- Męzu, och, och! popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mówi: - Zecywiście coś skace po trotuaze!

cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;

zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona -
nie wypada, zeby Warsawa
była na "takie coś" narazona.

Dzwonili, dzwonili i po tsech latach
wrescie schwytano zabę koło Nowego Świata;
a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość,
uządzono historycną urocystość;

ustawiono trybuny,
spędzono tłumy,
"Stselców" i "Federastów" -
słowem, całe miasto.

Potem na trybunę wesła Wysoka Figura
i kiedy odgzmiały wsystkie "hurra",
Wysoka Figura zece tak:

- Wspólnym wysiłkiem ządu i społeceństwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa -
panowie, do góry głowy i syje!

A społeceństwo: - Zecywiście,
dobze, ze tę zabę złapaliście,
wsyscy pseto zawołajmy: "Niech zyje!"


Niemcy nie Ameryka
Dwie baby wychodzą z konsulatu na Röntgenstraße, jedna ociera pot z czoła i z oburzeniem mówi do drugiej:

- A w Ameryce pewnie głosują na tego debila!
niedziela, 27 czerwca 2010
Austriackie gadanie
Mimo pięknej pogody zaciągnęło mnie coś do kina. W M. odbywa się właśnie Wielki Festiwal Filmowy, jednym z wątków jest retrospektywa twórczości austriackiego reżysera Ulricha Seidla. Jako żarliwy miłośnik austriackiego czarnego humoru aż podskoczyłem z radości, że oto otwierają się przede mną nowe horyzonty. Podskoczyłem i wskoczyłem, na rower, a potem do kina, patataj patataj na "Hundstage". Rozkładam się wygodnie w fotelu, film się zaczyna i już widzę, że warto było wydać parę euro na bilet. Oto bowiem znowu jestem w tej Austrii, którą znam z tylu filmów. Autostrada, słońce niby świeci pięknie, ale już za chwilę widać, że znów chodzi o to samo - a więc, że "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". Co pasuje do mojej prywatnej teorii, że sztuka w Austrii zajmuje się głównie zaglądaniem pod podszewkę ślicznej codzienności i szukaniem tam brudów, ewentualnie Nataschy Kampusch w piwnicy. Mają coś takiego filmy z Haderem, książki Jelinek i karykatury Haderera.

Świetnie, temat i podejście już znam, więc podoba mi się. Osiedle domków jednorodzinnych, ktoś wielki brzuch wystawia do słońca, tu jakaś pani w biustonoszu, para na leżakach koło betoniarki, nieźle, myślę sobie, w końcu ktoś zekranizował Haderera, pewnie pozazdrościł facet kariery filmowej Königowi i się upomniał. Film rozwija się jak to w Austrii - od drobnych śmiesznostek do przemocy na całego, wszystko przeplatane obficie bezpruderyjnym i nieapetycznym seksem. Zachwyca mnie to, taki klasyczny film, mieszczaństwo, seks i przemoc, a wszystko z humorem, po prostu sztuka austriacka (należy wyobrazić sobie mieszankę Barei z "Psami" i "Pianistką"). Pod koniec wprawdzie mam trochę dosyć wrzasków i szarpaniny, ale ogólnie jest dobrze. W końcu tego się spodziewałem i na to przyszedłem.

Zapala się światło, a tu niespodzianka. Jest z nami twórca. Padają różne pytania, a jak, a co, itd. Mnie też język świerzbi, każdy były prymus ma ochotę wymądrzyć się publicznie. W końcu dostaję swoje pięć minut i pytam, licząc naiwnie na zachwyt nad celnością moich skojarzeń: "Pańskie ujęcia są podobne do sposobu przedstawiania rzeczywistości u karykaturzystów austriackich, takich jak Deix czy Haderer. Czy to tylko przypadek czy coś więcej?". O-o. Widzę, jak reżyser lekko sztywnieje. Nie, żadnego podobieństwa nie ma, karykatury to jedno, a to jest film, obserwacja rzeczywistości. Ja ciągle jeszcze upojony swoją obserwacją: "Ale podobieństwo jest naprawdę uderzające!" Na to on już z grubej rury: "Ale ja nie filmuję karykatur, tylko ludzi.". Kropka, następny proszę. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że palnąłem straszną gafę. Powiedzieć, że się podoba, wiadomo, dobrze; że się nie podoba też nieźle, zawsze będzie mógł opowiadać, że ma przeciwników i jest prześladowany. Ale porównać Dzieło do karykatury? Toż chyba bardziej Tfurcy obrazić się nie da.

Tym bardziej, że przecież porównanie jest z gruntu fałszywe, w końcu karykaturzyści nie ludźmi się zajmują, rysują głównie marchewki.




Gerhard Haderer "Miłość romantyczna" (tu źródło)
niedziela, 20 czerwca 2010
Wybory na Röntgenstr.
No i spełniliśmy obywatelski obowiązek. Przy okazji poczułem się jak działacz na rzecz ekologii, bo byliśmy jedynymi wyborcami, który pod konsulat podjechali rowerami.

Mąż za to urządził mały happening na rzecz LGBT. Pewnie zadziałała podświadomość, podrażniona obecnością na sali dwóch kremowego koloru zakonników. Tak czy owak, kiedy po głosowaniu chował dokumenty, wypadła mu z kieszeni ulotka z jakiejś gejowskiej imprezy - z gołym facetem - wprost pod stopy pracownika konsulatu. Ten zachował zimną krew i udał, że nic nie widzi. Jakże typowe dla polskiej polityki. Uśmiechnięci zabraliśmy ulotkę, odczepiliśmy rowery i po pięciu minutach byliśmy w domu.
środa, 26 maja 2010
Kraków, Kraków i pokraków
Właśnie wróciliśmy z Krakowa. Był to wyjazd edukacyjny. Trochę dla nas, bo z Krakowa znaliśmy tylko Rynek, a i to w formie sprzed ponad dziesięciu lat. Ale bardziej chodziło o nich, naszych niemieckich znajomych, parę, z którą przewędrowaliśmy już wiele ścieżek i ścieżynek i zniszczyliśmy przy kawie wiele kawałków ciasta. Przy jednym z kolejnych kawałków, podczas kolejnej rozmowy o Polsce Kaczyńskich (motyw przewodni naszego życia w M.) wyszło na jaw, że koledzy wyobrażają sobie wyjazd praktycznie wszędzie, tylko nie do Polski, "bo tam się dyskryminuje gejów". Po czym polecieli do Istambułu. W związku z czym uknuliśmy chytry plan, najpierw pokaz slajdów o Krakowie w domu kultury Gasteig, potem parę kieliszków czerwonego wina i już mieliśmy w kieszeni podpisy pod oświadczeniem, że wybiorą się z nami do Polski.

Dlaczego nam tak zależało? Sam do końca nie wiem, chyba odezwała się urażona polskość. Jak to, wszędzie latają, a do Wielmożnej Ojczyzny nie? Podejrzewaliśmy, że za fasadą dumy gejowskiej kryją się zwykłe niemieckie uprzedzenia - że Kraków będzie brudny, że ich okradną, że jedzenie będzie do niczego - komunistyczne - aha, i że zostaną w biały zlinczowani na środku Rynku Głównego po tym, jak dadzą sobie całuska. To, że rzeczywistość jest bardziej ulotna i skomplikowana, jakoś nie dawało się im wytłumaczyć, szok wywołany cytatami z Kaczyńskich w Sueddeutsche był zbyt wielki.

Ale już pierwsza filiżanka czekolady na Rynku Głównym zrobiła swoje. Okazało się bowiem, że ma - cytuję - "szwajcarską jakość i czegoś takiego się w Monachium nie dostanie". Z całej reszty pamiętam jakieś przebłyski orgii kulinarnych przeplatanych wspinaniem się na schody kolejnych wież i oglądaniem ołtarzy, komnat i innych zabytków. Fanami Mleczarni i restauracji Ariel (obie na Kazimierzu) Matthiasi zostaną chyba już do końca życia.

Co najdziwniejsze, okazało się, że - przynajmniej na pierwszy rzut oka - w Krakowie jest wszystko, co Matthiasi tak cenią w Monachium. Zaciszna lesbjiska knajpka z dobrym jedzeniem - proszę bardzo, Cafe Młynek. Kluby - owszem, Cocon i LaF (wymsknęło im się, że nie spodziewali się żadnego klubu - "bo mówiliście, że Kraków jest konserwatywny!"). A że głupi ma szczęście (mówię o sobie), trafiliśmy jeszcze na sam środek Queerowego Maja i festiwal O Miłości Między Innymi. Trafił nam się łakomy kąsek - pierwszy film gejowski, z roku 1919, "Inaczej niż inni", ze świetną muzyką na żywo. Zabawne, rekonstrukcja filmu pochodzi z Filmmuseum München, ale w na monachijskim festiwalu LGBT "Verzaubert" pewnie nigdy jej nie obejrzymy, bo nie pasuje do masowo-komercyjnej koncepcji.

Mam teraz nadzieję, że Matthiasi zaczną mnie wspierać w tłumaczeniu niemieckim gejom: "'Mylisz się, w Polsce są kluby i organizacje, mimo Kaczyńskich i kościoła katolickiego". Bo tak naprawdę już mnie trochę drażni ciągłe udowadnianie, że nie pochodzę z Iranu.

A przy okazji, jeśli ktoś szuka trochę innego przewodnika po Krakowie dla niemieckich znajomych, to polecam Marty Kijowskiej "Krakau: Spaziergang durch eine Dichterstadt".
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Plemię
Tokarczuk trafiła w sedno: Znowu zaczynamy przypominać plemię.
sobota, 17 kwietnia 2010
Smutno, smutno...
Nie myślałem, że coś mnie jeszcze skłoni do powrotu na tę stronę. A jednak. Katastrofa w Smoleńsku i mnie zmusiła do refleksji.

Mądry Polak po szkodzie

Taka już polska mentalność. Wiem po sobie. Jakoś się zrobi, jakoś to będzie. A potem zdziwienie, nerwy, a w najgorszym przypadku płacz. Tak jak teraz. Niezależnie od przyczyn katastrofy narzuca się pytanie: kto pozwolił, żeby tyle znakomitości leciało jednym samolotem? Czyjaż to była ułańska fantazja? Nie dziwię się twórcom różnych teorii spiskowych, bo takie katastrofy po prostu się nie zdarzają. A nie zdarzają się dlatego, że organizatorzy myślą i rozważają różne, nawet najgorsze ewentualności. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby Obama zginął w katastrofie wraz z połową amerykańskiego senatu. Dlaczego cały naród musi przeżywać szok z powodu czyjejś bezmyślności?

Czucie i wiara

Polacy najwyższym szacunkiem darzą zbiorowy smutek i cierpienie. W imię żałoby są w stanie zjednoczyć się i zapomnieć o wszystkim, co było złe. I nie tylko taktownie przemilczeć, bo o zmarłych źle się nie mówi, ale naprawdę zapomnieć. Trudno nie zauważyć, jak bardzo to niebezpieczne. Katastrofa, szok, żałoba, i już ktoś, kogo się nie lubiło albo nie zauważało, staje się ideałem dobrego męża i ojca, ojcem narodu, którego złe media wystawiły za życia na pośmiewisko. Siedem dni żałobnych wspomnień wystarcza, żeby zmiękczyć serca najbardziej zagorzałych przeciwników, a co dopiero wszystkich niezdecydowanych. Powstaje legenda. Która po zakończeniu żałoby może służyć do tego, aby przeciwnikom i krytykom zamknąć usta, żeby ograniczyć demokratyczną wolność słowa.

"Może on naprawdę był dobrym człowiekiem, tylko media go tak oczerniały?", powiedziała mi niedawno koleżanka z Polski niepewnym tonem, kiedy rozmawialiśmy o śmierci Lecha Kaczyńskiego. Może był dobrym człowiekiem, ale czy był dobrym prezydentem? To pytanie pozostawiam otwarte.

Zawłaszczenie

Właśnie oglądam transmisję uroczystości z Warszawy. Zaczęła się tak, jak powinna: czytaniem listy ofiar i wspomnieniem o nich. A potem? Potem niemiecka stacja NT24 zakończyła transmisję, a ja przełączyłem na stronę GW i oglądałem dalej, z rosnącym niedowierzaniem. Ponieważ w stronę podestu zaczął płynąć strumień fioletowych postaci. A potem zaczęła się msza.

Dlaczego uroczystości żałobne zostały połączone z mszą? Czy nabożeństwo nie mogło odbyć się w katedrze warszawskiej zaraz po części oficjalnej, tak aby dać uczestnikom możliwość wyboru? Wciąż to samo, organizatorzy oficjalnych imprez nie chcą pamiętać o tym, że nie wszyscy Polacy są katolikami. Istnieją również niewierzący, ewangelicy, buddyści, żydzi i świadkowie Jehowy. Kościół katolicki zawłaszcza sobie przestrzeń publiczną za przyzwoleniem władz. To tak ma wyglądać rozdział kościoła od państwa? Czy naprawdę wszystkie ofiary życzyłyby sobie mszy na swoim pogrzebie, np. członkowie SLD? Ale nieżyjący nie mogą się bronić, tak samo ci, którzy przyszli pożegnać się z ludźmi, a muszą przeczekać rytuały poświecone jakiemuś obcemu bogu.

***

Dziwna katastrofa, dziwna żałoba, dziwne pożegnanie. Gdyby nie prawdziwe ofiary i prawdziwy żal po nich, to chyba trzeba by się zaśmiać gorzko.
środa, 03 marca 2010
...Lord und Lady Hesketh-Fortescue...
Blog powoli dogorywa... Ale zanim wyda ostatnie tchnienie, jeszcze próbka klasycznego niemieckiego humoru: Loriot i Evelyn Hamann. Niestety nieprzetłumaczalne, więc tylko dla sprechających...


Guten Abend, meine Damen und Herren. Heute sehen Sie die achte Folge unseres sechzehnteiligen englischen Fernsehkrimis 'Die zwei Cousinen'. Zunächst eine kurze Übersicht über den Handlungsablauf der bisher gesendeten sieben Folgen.
Auf dem Landsitz North Cothelstone Hall von Lord und Lady Hesketh-Fortescue befinden sich außer dem jüngsten Sohn Meredith auch die Cousinen Priscilla und Gwyneth Molesworth aus den benachbarten Ortschaften Nether Addlethorpe und Middle Fritham. Ferner ein Onkel von Lady Hesketh-Fortescue, der neunundsiebzigjährige Jasper Fetherston, dessen Besitz Thrumpton Castle zur Zeit an Lord Molesworth-Houghton, einen Vetter von Priscilla und Gwyneth Molesworth, vermietet ist.

Gwyneth Molesworth hatte für Lord Hesketh-Fortescue in Nether Addlethorpe einen Schlips besorgt, ihn aber bei Lord Molesworth-Houghton in Thrumpton Castle liegen lassen. Lady Hesketh-Fortescue verdächtigt ihren Gatten, das letzte Wochenende mit Priscilla Molesworth in Middle Fritham verbracht zu haben. Gleichzeitig findet Meredith Hesketh-Fortescue auf einer Kutschfahrt mit Jasper Fetherston von Middle Fritham nach North Cothelstone Hall in Thrumpton Castle den Schlips aus Nether Addlethorpe.

Nach einer dramatischen Auseinandersetzung zwischen Lady Hesketh-Fortescue und Priscilla Molesworth in North Cothelstone Hall eilt Gwyneth Molesworth nach dem zwei Meilen entfernten South Thoresby, um ihre Tanten Amelie Hollingworth und Lucinda Satterthwaite aufzusuchen. Diese sind jedoch nach North Thurston zu ihrem Schwager Thomas Thatcham gefahren, der als Gärtner in Thrumpton Castle bei Lord Molesworth-Houghton arbeitet.

Gwyneth Molesworth fährt nach North Cothelstone Hall zurück, aber nicht über Middle Addlethorpe, sondern über North Thurston, Thrumpton Castle, Middle Fritham und Nether Addlethorpe. Dort trifft sie Priscilla Molesworth, die mit Lord Molesworth-Houghton noch nachts von Nether Addlethorpe nach North Thurston or sore thore...
środa, 03 lutego 2010
Plagiat!
Zawsze wiedziałem, że Amerykanie tylko po nas małpują. Tym razem Cameron ściągnął od Janusza Majewskiego, który już w 1964 nakręcił film pt. "Awatar"...
piątek, 08 stycznia 2010
Król w pałacu
Jeszcze do 10 stycznia trwa wystawa twórczości Ralfa Königa w Ludwig Galerie Schloss Oberhausen. Jak twierdzi Wiki, muzeum należy do "najbardziej renomowanych galerii w Zagłębiu Ruhry". Gejowski komiks oficjalnie trafił na salony...

Ralf König - Stutenkerle - obrazek z tylnej okładki
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27