Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
sobota, 30 maja 2009
Kissing, Petting and Fucking
Z Kissing przez Petting do Fucking - tylko 2 godziny 48 minut! ;)



Wyświetl większą mapę
czwartek, 21 maja 2009
Dzień Ojca
Godzina 19-ta, wracamy kolejką podmiejską z wycieczki rowerowej. Na którejś stacji wsiada siedmiu wesołych facetów, też z rowerami. Też wracają z wycieczki. Znajomy rzuca okiem i rzuca krótko "No tak, Dzień Ojca".

Okazuje się, że w Dzień Ojca ojcowie nie czekają grzecznie na laurki i wierszyki, tylko olewają wszystko, zostawiają kobiety z dziećmi w domu, a sami wyruszają na wyprawę z innymi ojcami. Wyprawa może być wycieczką rowerową, jazdą traktorem z przyczepą przez wsie, może to być grill nad jeziorem albo po prostu łażenie od knajpy do knajpy. Ważne są przy tym dwie rzeczy - poczucie prawdziwej męskiej wspólnoty i piwo. Dużo piwa. Wg niemieckiego urzędu statystycznego ilość wypadków spowodowanych nadużyciem alkoholu wzrasta tego dnia trzykrotnie, więcej jest też rozrób i bijatyk.

Ojciec musi się wyszumieć - chociaż raz do roku :)
niedziela, 17 maja 2009
Eurowizja (jednoaktówka optymistyczna)
Osoby:
Jochen - starszy niemiecki przedsiębiorca, homoseksualista
Mario - przystojny Brazylijczyk, partner Jochena, homoseksualista
Frederic - zmanierowany Austriak, homoseksualista
Facet Frederica - zmanierowany Niemiec, homoseksualista
ticotico - znajomy Jochena, homoseksualista
kelner - sympatyczny gość, homoseksualista
oraz
uczestnicy Eurowizji 2009, w tym przedstawiciele Niemiec Alex i Oscar (homoseksualista)

Miejsce:
restauracja Moro, Müllerstr. 30, München - jedno z ulubionych miejsc spotkań homoseksualistów w stolicy Bawarii.

Czas:
sobota, 16 maja 2009


Akt 1
Scena 1
Restauracja wypełniona homoseksualistami i ich przyjaciółkami, wszystkie stoliki zajęte lub zarezerwowane, rzutnik wyświetla na ścianie pierwszy program niemieckiej TV. Godzina dwudziesta trzydzieści, do rozpoczęcia konkursu jeszcze pół godziny. Przy jednym ze stolików siedzą Jochen i ticotico.

ticotico: A gdzie Mario?

Jochen: Poszedł jeszcze na siłownię, powinien się zjawić około dziewiątej.

ticotico: A wracając do konkursu, nie wiem, czy słyszałeś, co się stało dzisiaj w Moskwie.

Jochen: Nie, nie słyszałem. Co się stało?

(Kelner podaje stek. Jochen z zapałem zabiera się do jedzenia)

ticotico: Gejowscy aktywiści znów usiłowali demonstrować i znów zgarnęła ich policja.

(Rozwodzi się nad tematem, emocjonuje, a wszystko to w obrzydliwie lewacko-gejowsko-kosmopoli-polit-poprawny sposób. Jochen kiwa głową niszcząc stek)

Jochen: W zeszłym roku też ich rozpędzili. (kontynuuje jedzenie)

ticotico: Właściwie to powinniśmy zbojkotować tę imprezę.

(Jochen patrzy pytająco)

ticotico: To jakoś nie pasuje, oni tam dyskryminują swoich gejów, a z drugiej strony organizują Eurowizję dla gejowskiej publiczności w UE. Znowu to rosyjskie dwulicowe zakłamanie... Powinniśmy zaprotestować i olać tę ich imprezę na znak solidarności. A artyści powinni też coś zrobić, nie wiem, ubrać się w tęczową flagę albo powiedzieć ze sceny parę słów poparcia.

Jochen: Jak ktoś coś powie, to rosyjska telewizja po prostu to wytnie na bieżąco.

ticotico: W sumie tak.


Scena 2
Restauracja jeszcze bardziej pełna homoseksualistów i ich przyjaciół. Przy stoliku, oprócz Jochena i ticotico siędzą teraz Mario, Frederic i jego facet. Frederic z facetem akurat wrócili z zakupów, koło stolika stoją wielkie papierowe torby, z jednej wystaje opakowanie bielizny Dolce&Gabbana. Kelner przynosi sałatkę Cezara z boczkiem i grzankami i stawia ją przed Mario. Mario zabiera się do jedzenia. W telewizji produkuje się Patricia Kaas.

Jochen (do Frederica): tico mi opowiadał, że...
(Jakiś znajomy zaczepia Frederica, wymieniają parę słow i całusa)
Frederic (odwracając się do Jochena): Co opowiadał?
Jochen: Że w Moskwie znów organizacje gejowskie próbowały zorganizować paradę, ale rozpędziła ich policja, były nawet aresztowania.
Frederic: Ach, naprawdę?
(Mario i facet Frederica przestają rozmawiać, nadstawiają uszu)
Frederic (do Mario): I jak tam sałatka?


Scena 3
Uczestnicy Eurowizji występują. Alex i Oscar również, bez tęczowej flagi. Publiczność w restauracji szemrze, gaworzy i raz po raz parska śmiechem. Kelnerzy leją piwo do kufli i roznoszą jedzenie. Na sali panuje przyjemna, rozluźniona atmosfera.

Facet Frederica: Świetna scenografia. Naprawdę się w tym roku postarali.


Kurtyna
piątek, 15 maja 2009
Wolfgang
Nasz znajomy ma nowego chłopaka o imieniu Wolfgang. Okropnie nas to śmieszy. Imię Wolfgang kojarzy się w Polsce tylko z Mozartem, ale jak je przetłumaczyć dosłownie, to wychodzi po indiańsku "Wilczy Chód" (Wolf = wilk, Gang = chód, lub "Wilcza Ścieżka" jak podaje Behind the Name).

Zadanie dla lingwistów-zapaleńców: proszę przetłumaczyć na niemiecki imiona "Lot Orła", "Skok Zająca", "Pełzanie Węża" itd. itp. Miłej zabawy!



wtorek, 05 maja 2009
Epitafium dla kurczaka
Czwartek to u nas dzień targowy. Na placyku stoją przyczepy z wiejskimi serami, wędliną, pstrągami prosto z farmy i warzywami od bauera. Jest też przyczepa z pieczonymi kurczakami, z której rozchodzi się na całą okolicę zapach - aromat - mmm mniam mniam mniam.

Ustawiłem się w kolejce, patrzę, jak się kurczaki obracają, jak pan zgrabnie nożyczkami robi z czterech całych kurczaków osiem połówek, aż nagle wpada mi w oko tekst wypisany dużymi bukwami koło rożna. Taki wierszyk o kurczaku, klasyczne epitafium:

In Deutschland geboren
In Deutschland aufgezogen
In Deutschland geschlachtet

W Niemczech urodzony
W Niemczech wychowany
W Niemczech zaszlachtowany

Brakuje jeszcze tylko "W Niemczech pożarty" :) Całe to epitafium ma w kliencie wzbudzić jeszcze większe pożądanie kurczaka, bo tutaj wszystkim się wmawia, że niemiecka żywność jest najlepsza. I ludzie w to wierzą i chętnie kupują polędwicę z "młodego niemieckiego byka" (hi hi) albo pół kurczaka, który całe swoje krótkie życie spędził w Bawarii.


piątek, 24 kwietnia 2009
Do Indii nie warto
Istnieje pewien typ niemieckich gejów, którego nie znoszę. Są to ludzie, którzy łączą przekonanie o cywilizacyjnej wyższości Niemiec nad resztą świata z niezachwianą wiarą w trafność swoich przekonań. No bo w końcu wszyscy geje są automatycznie tacy inteligentni, otwarci, uzdolnieni i wyrafinowani...

Rozmowa dwóch znajomych:
- Wiesz, mój siostrzeniec był na urlopie w Indiach.
- Aha.
- Podobno strasznie są tam ludzie hałaśliwi i okropny brud na ulicach.
- Też tak słyszałem.
- I wiesz, pomyślałem sobie, że jednak nie warto tam jechać.

Mój komentarz (w myśli) - Jasne, przecież warto jechać tylko tam, gdzie ulice lśnią czystością, wszystkie inne miejsca są zupełnie nieinteresujące! Nieważne, że w Indiach kultura rozkwitała już wtedy, kiedy Niemcy były jeszcze wielką naturalną plantacją dębów. Nie, najważniejsza jest CZYSTOŚĆ.

Cholerne niemieckie drobnomieszczaństwo.
środa, 22 kwietnia 2009
Polskie zoo
Wg Wyborczej, Niemcy coraz gorzej oceniają Polskę i jej rolę w Europie. Nie dziwi mnie to, bo znam niemieckie media, a w tych wydaje się obowiązywać zasada "O Polsce źle albo wcale". Program o przedszkolach, przykłady z Francji, Danii, Holandii, Austrii - Polski nie ma. Prognoza pogody - temperatury z Paryża, Londynu, Aten, Madrytu, Moskwy, Wiednia, Pragi - Warszawa nie istnieje. Itd. itp.

Jeśli już coś się pojawia, to reportaże o przemytnikach papierosów, robolach pracujących na czarno, informacje o wybrykach naszych polityków (nazwisko Kaczyński zna tu każdy) i raporty o dyskryminacji gejów. Jeśli dodać do tego mocno zakorzenione stereotypy o lenistwie Polaków i złodziejach samochodów, to trudno się dziwić, że większość Niemców patrzy na Polskę jak na zoo. Już mam szczerze dosyć pytań nowopoznanych homików, czy w Polsce istnieją kluby gejowskie i jak tam w ogóle można żyć...

Co by się naprawdę Polsce przydało, to solidny, profesjonalny serwis PR. Chodzi o to, żebyśmy umieli dbać o własne interesy, a jednocześnie przedstawiać swoje działania jako służbę dla ludzkości czy Europy. Panowie na wysokich stołkach warszawskich, uczcie się od Merkel...
sobota, 18 kwietnia 2009
Emigranci
Podobno co trzeci Niemiec myśli o tym, żeby wyemigrować. Jeden z naszych ulubionych programów to reality show o niemieckich emigrantach za granicą (bodajże na n-tv).

Od początku lat 80-tych liczba emigrantów nieprzerwanie wzrasta. W latach 2002-2006 co roku wyjeżdżało z kraju ok. 140 tys. Niemców, rekordowy był rok 2005 z 145 tys.

Top 5 ulubionych krajów1:
  1. Hiszpania
  2. USA
  3. Szwajcaria
  4. Tajlandia
  5. Dania
Inne ulubione w kolejności1:
Kenia, Australia, RPA, Norwegia, Argentyna, Costa Rica, Brazylia, Chile, Kanada, Nowa Zelandia, Francja, Włochy, Portugalia, Grecja, Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Szwecja, Finlandia, Austria.

Dla unaocznienia grafika2:



Regiony docelowe 1975-2006
* EU-14
* EFTA (Islandia, Lichtenstein, Norwegia, Szwajcaria)
* Europa Wschodnia i Środkowa (Bułgaria, Polska, Rumunia, Węgry, Czechosłowacja i jej państwa sukcesyjne)
* klasyczne kraje imigracyjne (Australia, Kanada, Nowa Zelandia, USA)
* pozostałe cele


Dlaczego wyjeżdżają? Posłużę się cytatem:

Czego jeszcze możemy oczekiwać w Niemczech, Austrii i Szwajcarii? Niewiele jest pewnie osób, które nie zadały sobie tego pytania. Odpowiedź jest jak kubeł zimnej wody: wysokie bezrobocie (podkreślenie moje), biurokracja we wszystkich sferach życia, walka z fiskusem i innymi instytucjami i wiele innych spraw. [...] Coraz większa ilość mieszkańców odrzuca takie życie i udaje się do innych krajów, które dają im prawo do samorealizacji (podkreślenie moje).3


Jak widać, strasznie im tu źle...


Źródła:
1 Michael von Dessauer, Rolf Deilbach "Auswandern. Über 1000 Fakten, Tipps & Tricks" ("Emigracja. Ponad 1000 faktów i porad"), Knaur 2008)
2 "Studie zur Auswanderung aus Deutschland"
3 Cytat z recenzji książki Sigrid Steiner "Bye, bye Deutschland! Auswandern um jeden Preis" ("Niemcy bye, bye! Emigracja za wszelką cenę")

niedziela, 12 kwietnia 2009
Wielkanoc Grubej Ryby
Monachium to miasto o dwóch twarzach... W zimie mrozi i znika pod grubą warstwą śniegu - ni to Szwecja, ni Syberia - za to w lecie udaje miasto w północnych Włoszech. Naprawdę można się nabrać, bo słońce pali, a niebo ma szczególny, głęboki błękit. Poza tym monachijczykom wystarcza jeden bezchmurny dzień, żeby wylegli na ulice, zajęli stoliki na zewnątrz i porozkładali się na każdym dostępnym kawałku trawnika. Zasada brzmi: nie musi być ciepło, ważne, żeby było słonecznie i już bawimy się, że jest lato. A co dopiero, kiedy jest jasno i ciepło, jak w ten weekend. Przez miasto przetacza się istna fala radości życia i cały tabun rowerów.

Nas także dzisiaj wywiało z domu. Mieliśmy szczery zamiar dotrzeć do Pałacu Nymphenburg, ale że tramwaj 17 zmienił trasę "z powodu demonstracji", wylądowaliśmy na naszym ulubionym Gärtnerplatz. Z teatru muzycznego dobiegał głos jakiejś primadonny, ćwiczyła arię. Plac był pełen ludzi, przy stolikach, na trawniku, na rowerach, w odprężeniu i w ruchu, co chwila przewijały się jakieś barwne postaci. Najróżniejsze mody i style.

Usiedliśmy, zamówiliśmy coś do picia i patrzyliśmy po prostu, jak w kinie. W pewnym momencie z "Hair" przenieśliśmy się raz dwa do "Pół żartem, pół serio". Na parking przed naszym stolikiem zajechał czarny Rolls Royce. Kierowcą był starszy gentleman w białym garniturze, kapeluszu i goglach, do tego jeszcze białe skórzane rękawiczki, milioner jak się patrzy. Samochód zatrzymał się, po chwili zbliżyła się do niego dziewczyna w krótkiej, czarnej sukience i czerwonym boa i stanęła we wdzięcznej pozie. Jej chłopak zrobił jej zdjęcie, potem zmiana pozy, kolejne zdjęcie i obaj oddalili się, pękając ze śmiechu - bo okazało się, że dziewczyna z boa jest chłopakiem... Milioner wysiadł, uprzejmie porozmawiał z "dziewczyną" (jej towarzysz stwierdził: "Prawda, że śliczna?"), po czym wmieszał się w kolorowy tłumek na trawniku. Niedyskretnie robił zdjęcia, to tej, to innej grupce, zagadywał różnych ludzi, najczęściej chyba ładne dziewczyny, pokręcił się, pokręcił, wsiadł do Rollsa i odjechał. Może na podwieczorek do hrabiny, a może oddać auto firmie, z której go wypożyczył, żeby robić wrażenie na młodych panienkach.








niedziela, 29 marca 2009
Piekarnia
Niby takie proste - wejść, kupić chleb, wyjść. Niby wszędzie to samo - półki z chlebem, bułkami, ciasto i sprzedawca albo sprzedawczyni. A jednak wszędzie trochę inaczej.

Weźmy monachijskie piekarnie. Podchodzę do lady, proszę o drożdżówkę z makiem (nazywa się tu Mohnschnecke, czyli makowy ślimak, bo ciasto jest zwinięte w spiralkę). Drożdżówkę dostaję bez problemu. Fakt, smakuje tak sobie, najczęściej czuć jakieś prochy do pieczenia. Ale mnie to nie zaskakuje, bo od dawna wiem, że w Monachium nie tak łatwo znaleźć dobre pieczywo, miasto opanowały tanie sieci piekarni typu Müller (błe...).

A teraz wyobraźmy sobie, że jadę z M. na zachód, przekraczam magiczną granicę między Bawarią i Szwabią i wkraczam do szwabskiej piekarni gdzieś w Ulm czy Stuttgarcie. Tu już nie jestem tak pewny siebie. Mieszkałem w Stuttgarcie przez jakiś czas i niezależnie od tego, jak wyraźnie starałem się wysłowić, ragularnie spotykało mnie to samo. Zamiast podać mi drożdżówkę, pani za ladą robiła dziwną minę i mówiła: Eeee??? Wyglądało na to, że nie była w stanie ani nic zrozumieć, ani dopytać się w jakimś ludzkim języku. Ostatnio zdarzyło się to też mężowi, kiedy na dworcu w Stuttgarcie zamiast Mohnschnecke powiedział Monschnecke, z krótkim "o". Dwieście kilometrów od Monachium i już jedna głoska staje się przeszkodą nie do pokonania. Ale za to drożdżówki pycha, mniam mniam. Prawdziwa niemiecka jakość, tak jak ją sobie wyobraża mały Jasio.

Najciekawszą historię o piekarniach przywiózł nam znajomy z urlopu. Po kilku latach nauki fińskiego wybrał się do Finlandii, żeby obejrzeć kraj i poćwiczyć komunikację. Tydzień spędził w ślicznej małej miejscowości na wybrzeżu, gdzie była też mała, równie śliczna piekarenka. Pierwszego dnia wszedł i poprosił o chleb - po fińsku. Dostał go. Kiedy wszedł do piekarni następnego dnia, sprzedawczyni zerwała się - i uciekła na zaplecze. Minęło dobrych parę minut, zanim pojawiła się jej koleżanka, która sprzedała mu chleb. I tak powtarzało się to już przez cały tydzień. Kiedy wchodził do piekarni, sprzedawczyni pędziła po koleżankę, bo sama widocznie nie mogła się przemóc, żeby obsłużyć natarczywego obcokrajowca.

Podczas następnej wizyty w obcym kraju koniecznie wejdźcie do piekarni, dużo się można nauczyć.