Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
piątek, 27 czerwca 2014
Kabaret warszawski, kabaret metafizyczny
Urządziłem dzisiaj prywatną promocję polskości czyli prawie-że paradę. W jaki sposób? Zamiast na mecz Niemcy-USA wybrałem się do teatru.

Kiedy powiedziałem o swoich planach koledze z pracy, uniósł lekko brwi:
- To pewnie wielkiego tłoku w teatrze nie będzie?

Miał rację, nie było. Na widowni tu i tam przeświecały większe i mniejsze łysiny. Ale nie zniechęciło mnie to. Nie przyszedłem w końcu dla publiczności, tylko dla Warlikowskiego, którego przedstawienie chciałem zobaczyć od dobrych paru lat.

Chociaż publiczność też była całkiem interesująca. Składała się z dwóch części, polonofilnej i operomanijnej. Polonofile, głownie Polacy i garstka Niemców, przyszli na "coś polskiego". Podejrzewałem, że większość z obecnych na widowni rodaków w życiu o Warlikowskim nie słyszała, co się później potwierdziło. Po prostu przyszli na kabaret, haha, biedactwa niewinne. Niektórzy robili potem wieelkie oczy... ale nie uprzedzajmy faktów. Natomiast operomani (czyli miłośnicy opery) przyszli albo na Warlikowskiego - który coś już kiedyś wystawił w operze w M. - albo po prostu na abonament. Jeśli się ma zapłacone bilety na cały rok, to można po prostu ot tak wpaść do teatru, prawda, kochanie? No i część wpadła, żeby odróżnić się od hołoty kibicującej przed telewizorami, pary w wieku od średniego do zaawansowanego, eleganckie i nudne, z wyglądu co jeden to pan dyrektor w małżonką czyli porządny garnitur i naprawdę elegancka sukienka. Ubranie ślicznie odróżniało towarzystwo operowe od Polonii, która pojawiła się raczej elegancko-nieformalnie, w letnich sukienkach, białych sweterkach, koszulach i t-shirtach (to ja, ale przysięgam, że był czarny, z wyjątkiem napisu na plecach).

Różnice były nie tylko w ubraniach, ale i w reakcjach. Przynajmniej podczas części pierwszej, na podstawie Isherwooda i filmu "Kabaret", w której co 5-10 minut padało słowo "Hitler". Przez polską część widowni przebiegał rozbawiony dreszczyk, Niemcy natomiast sztywnieli i zaciskali zęby, jakby smagnięci biczem.

Z tej części pamiętam głównie olbrzymią rozmiarami i głosem panią Celińską - rolka malutka, ale wielka kreacja i wspaniałe aktorstwo. Nie, przepraszam, była jeszcze elegancka i czarująca pani Dałkowska. Poza tym wiem, że szalała po scenie p. Cielecka, szeroko rozstawiając nogi przy każdej okazji i p. Chyra, który jednak zdegustował mnie lekko, bo jego Christopher Isherwood był co najmniej bi, jeśli nie 99% hetero. Prawdziwy Isherwood podczas premiery "Kabaretu" z Lisą Minelli podobno wstał i głośno oświadczył, że film to bzdura i oszczerstwo, bo on osobiście nigdy w życiu z kobietą nie spał.

Z drugiej strony, może Chyra musiał być hetero, tak dla kontrastu, bo poza tym roiło się od ciepłych chłopaków i męsko-męskich uścisków i pocałunków. Mnie się to akurat podobało, ale niektórzy robili miny. Co się nie podobało i mnie, ŧo jakiś ogólny brak wydźwięku, wielkie zagęszczenie anty-niemieckich stereotypów, może śmieszne gdzie indziej, ale w M. raczej żenujące, no i generalnie straszny angielski i niemiecki naszych aktorów. Np. strasznie mi to zepsuło piękną piosenkę Marleny Dietrich. Przepraszam, czy nikt nie mógł powiedzieć pani Cieleckiej, że w słowie "Heimweh" nie wymawia się końcowego "h" i że w piosence są słówka "wär'" i "hätt'" (byłabym, miałabym), a nie "war" i "hatte" (byłam, miałam)? Co do tego ostatniego, podejrzewam, że po prostu polska i dumna drukarka nie wydrukowała umlautów ;-)

O ile co do pierwszej części miałem mieszane uczucia, o tyle druga mnie porwała, otumaniła i potrząsnęła zaspanym ośrodkiem człowieczeństwa w moim mrówczym mózgu szarego pracownika Firmy. Zrobiło się bardziej kameralnie, połowa miejsc stała pusta, bo większość dyrektorów z żonami po przerwie ulotniła się do domu. Potem wyszedł na scenę Jacek Poniedziałek, potem Maja Ostaszewska, Magdalena Popławska, Bartek Gelner (ciacho...) i zaczął się nad wszystkim unosić Duch, duch wolności, lat 70-tych, pierwszego Hair, pierwszego Rocky Horror Show, jak w wehikule czasu. A może to był Almodovar z lat 80-tych? Wszystko naraz, wzmocnione tańcem, szczerą, otwartą nagością, seksem, emocjami, humorem. Do teraz jestem pod wrażeniem. Niektórzy widzowie patrzyli na siebie zdegustowani. A ja czułem się jak w niebie, choć dlaczego nie wiem, nie wiem (skąd to cytat?). Gdyby nie to, że dziś ostatni pokaz w M. to jutro znów bym poszedł, żeby się naładować tym obłędem. Ale nie pójdę niestety, więc siedzę i opisuję, bo tęsknię (znów cytat).

Przy okazji, rozbawił mnie znajomy, Polak w średnim wieku, o którym wiem, że wypowiada się o gejach raczej ostro i niepochlebnie. Po 4 godzinach wzrokowo-akustycznego kontaktu z gejowskim życiem i seksem oświadczył, że jemu się podobało, tylko jego dziewczyna była "lekko zdegustowana, hehe". Słodkie. Może jest jeszcze nadzieja na cudowne uleczenie homofobii - poprzez kurację wstrząsową Warlikowskim?

"Life is a cabaret, old chum - come to the cabaret!"
czwartek, 16 września 2010
Niezwykłość przestrzeni
A po ognistym czarnoksiężniku: kryształowy chłód przestrzeni międzyplanetarnej... I jej osobliwa pustka




wtorek, 07 września 2010
Oczy czarnoksiężnika
Genialne... Słucham maniakalnie dniem i nocą.



A tutaj tłumaczenie na angielski.
środa, 14 lipca 2010
Z urlopu
Już się kończy. Fajnie było, ale coś nam się nie udało - dostać się na dzisiejszy koncert Estrelli Morente w Cueva de Nerja. Estrella Morente to głos Penelope Cruz w piosence "Volver" z filmu pod tym samym tytułem. A oto, co straciliśmy:



niedziela, 27 czerwca 2010
Austriackie gadanie
Mimo pięknej pogody zaciągnęło mnie coś do kina. W M. odbywa się właśnie Wielki Festiwal Filmowy, jednym z wątków jest retrospektywa twórczości austriackiego reżysera Ulricha Seidla. Jako żarliwy miłośnik austriackiego czarnego humoru aż podskoczyłem z radości, że oto otwierają się przede mną nowe horyzonty. Podskoczyłem i wskoczyłem, na rower, a potem do kina, patataj patataj na "Hundstage". Rozkładam się wygodnie w fotelu, film się zaczyna i już widzę, że warto było wydać parę euro na bilet. Oto bowiem znowu jestem w tej Austrii, którą znam z tylu filmów. Autostrada, słońce niby świeci pięknie, ale już za chwilę widać, że znów chodzi o to samo - a więc, że "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". Co pasuje do mojej prywatnej teorii, że sztuka w Austrii zajmuje się głównie zaglądaniem pod podszewkę ślicznej codzienności i szukaniem tam brudów, ewentualnie Nataschy Kampusch w piwnicy. Mają coś takiego filmy z Haderem, książki Jelinek i karykatury Haderera.

Świetnie, temat i podejście już znam, więc podoba mi się. Osiedle domków jednorodzinnych, ktoś wielki brzuch wystawia do słońca, tu jakaś pani w biustonoszu, para na leżakach koło betoniarki, nieźle, myślę sobie, w końcu ktoś zekranizował Haderera, pewnie pozazdrościł facet kariery filmowej Königowi i się upomniał. Film rozwija się jak to w Austrii - od drobnych śmiesznostek do przemocy na całego, wszystko przeplatane obficie bezpruderyjnym i nieapetycznym seksem. Zachwyca mnie to, taki klasyczny film, mieszczaństwo, seks i przemoc, a wszystko z humorem, po prostu sztuka austriacka (należy wyobrazić sobie mieszankę Barei z "Psami" i "Pianistką"). Pod koniec wprawdzie mam trochę dosyć wrzasków i szarpaniny, ale ogólnie jest dobrze. W końcu tego się spodziewałem i na to przyszedłem.

Zapala się światło, a tu niespodzianka. Jest z nami twórca. Padają różne pytania, a jak, a co, itd. Mnie też język świerzbi, każdy były prymus ma ochotę wymądrzyć się publicznie. W końcu dostaję swoje pięć minut i pytam, licząc naiwnie na zachwyt nad celnością moich skojarzeń: "Pańskie ujęcia są podobne do sposobu przedstawiania rzeczywistości u karykaturzystów austriackich, takich jak Deix czy Haderer. Czy to tylko przypadek czy coś więcej?". O-o. Widzę, jak reżyser lekko sztywnieje. Nie, żadnego podobieństwa nie ma, karykatury to jedno, a to jest film, obserwacja rzeczywistości. Ja ciągle jeszcze upojony swoją obserwacją: "Ale podobieństwo jest naprawdę uderzające!" Na to on już z grubej rury: "Ale ja nie filmuję karykatur, tylko ludzi.". Kropka, następny proszę. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że palnąłem straszną gafę. Powiedzieć, że się podoba, wiadomo, dobrze; że się nie podoba też nieźle, zawsze będzie mógł opowiadać, że ma przeciwników i jest prześladowany. Ale porównać Dzieło do karykatury? Toż chyba bardziej Tfurcy obrazić się nie da.

Tym bardziej, że przecież porównanie jest z gruntu fałszywe, w końcu karykaturzyści nie ludźmi się zajmują, rysują głównie marchewki.




Gerhard Haderer "Miłość romantyczna" (tu źródło)
środa, 03 lutego 2010
Plagiat!
Zawsze wiedziałem, że Amerykanie tylko po nas małpują. Tym razem Cameron ściągnął od Janusza Majewskiego, który już w 1964 nakręcił film pt. "Awatar"...
środa, 11 listopada 2009
Bieguni czyli run, Frodo, run!
Gościliśmy w Muffathalle Witkowskiego, gościliśmy Stasiuka. W tym roku przyjechała Tokarczuk z książką "Bieguni". Nigdy za nią nie przepadałem, trudno mi się było odnaleźć w tym, co pisze... Ale czytałem w prasie, jak bardzo się rozwinęła - co tu dużo mówić, właściwie Nike powinna mieć na drugie Olga. No to poszliśmy.



Najpierw dezorientacja - gdzie jest Tokarczuk? Zamiast krótko ostrzyżonej intelektualistki siedziała na scenie jakaś dredziara. Okazało się, że nastąpiła zmiana image'u.

Niestety, nie stylu. Po kilku fragmentach przypomniało mi się bardzo wyraźnie, za co nie lubię Tokarczuk. Nadęcie, wielosłowie i powtórzenia (o, właśnie tak, zawsze muszą być trzy człony). Powiało pseudo-głębią. Kiedy doszliśmy do fragmentu, w którym "biegunka" (dwuznaczność niezamierzona przez autorkę) mówi: "Biegnij, ruszaj się, uciekaj!", niewiele brakowało, żebyśmy wzięli tę radę do siebie. Ale wytrwaliśmy na posterunku, zahartowani przez niezliczone lekcje języka polskiego i film "Rejs".

Po obowiązkowej rundzie abstrakcyjnych pytań ("Czy język jest pani ojczyzną?") prowadząca p. Agnieszka Kowaluk zagrała jeszcze z autorką w zabawną grę pt. towarzystwo wzajemnej adoracji: "Ach, jaka wspaniała książka!", "Ależ Agnieszko, to twoja zasługa, jakie piękne wybrałaś fragmenty do czytania" itp itd. aż wreszcie mogliśmy wstać i wyjść.

Nie, nie żałuję, że poszedłem. Warto było skonfrontować wspomnienia z teraźniejszością. Warto było również z drugiego powodu. Po raz pierwszy usłyszałem tłumaczenie lepsze od oryginału. Co było w oryginale nadęte i przemądrzałe, w tłumaczeniu brzmiało prosto i naturalnie. Pewnie to efekt mniejszej wrażliwości na tekst w obcym języku. Być może też zasługa tłumaczki, Esther Kinsky. Na pewno aktorki, Wiebke Puls, która tekst niemiecki przeczytała mistrzowsko.

Teraz czekam na Gretkowską...
sobota, 14 marca 2009
Coppelius hilft!
To był koncert mojego życia, podróż w inny wymiar. Rocky Horror Show, Queen, Iron Maiden i jazz w jednym, ostre, ciężkie i akustyczne, przyprawione klarnetem i humorem rodem z Berlina lat dwudziestych. Zaznaczam, że nie jestem fanem metalu ani hard-rocka. Ale Coppeliusowi po prostu nie można się oprzeć. Świetna muzyka, odjechani muzycy, w tym wampiryczny Max mon amour (mniam mniam...) i tyle energii, ile produkuje w ciągu roku elektrownia atomowa.

Homepage Coppeliusa: www.coppelius.eu

I na zaostrzenie apetytu coś z YouTube...





P.S. Obejrzałem te filmiki jeszcze raz, szkoda, że tak mało oddają z brzmienia i atmosfery na koncercie... :(
niedziela, 22 lutego 2009
Obywatel Milk
Byłem na "Obywatelu Milku". Udało mi się nawet trafić na wersję oryginalną z napisami, co jest pewnym osiągnięciem, bo tutaj króluje w kinach beznadziejny dubbing.

Sam film według mnie średni. Największym plusem jest oczywiście temat, w oglądaniu pomagają świetny Sean Penn i do bólu przystojny Emile Hirsch. Przeszkadza trochę amerykański patos i duża dawka politycznej poprawności. Czy naprawdę Castro zaludniała kiedyś taka wielka, szczęśliwa rodzina jak ze świętego obrazka?

Pod względem formalnym standard, typowa hollywoodzka biografia Wielkiego Człowieka. Tyle, że ni stąd ni zowąd tym człowiekiem jest gej. Co sprawia, że wreszcie mogę się w tego typu filmie utożsamić stuprocentowo z głównym bohaterem. I uronić łezkę przy scenach zbiorowych, kiedy lud rusza na barykady. To piękne uczucie, wreszcie rozumiem, dlaczego heterycy tak się zachwycali "Braveheart"...

Właściwie nawet cieszy mnie, że "Milk" jest filmem hollywoodzkim, zrozumiałym dla każdego, a nie wyrafinowaną produkcją niezależnego kina - jeszcze parę lat temu biografia gejowskiego aktywisty nie miałaby szans zaistnieć jako temat w kinie komercyjnym. Czyżby świat zmieniał się na lepsze?

Niestety, chyba nie, bo kiedy się spojrzy na przeciwników Milka w filmie, to ich tok rozumowania i argumenty wydają się dziwnie znajome. Oskarżenia o pedofilię, zakaz wykonywania zawodu przez homoseksualnych nauczycieli, leczenie gejów - skąd my to znamy? Czyżbyśmy nadal żyli w latach 70-tych? Może jeszcze czekamy na naszego Milka? A może już paru Milków mieliśmy i pozwoliliśmy im zmarnieć, przez zawiść i ogólny tumiwisizm? Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego filmu ktoś wstąpi na Drogę Mleczną i poprowadzi lud do boju - oczywiście w kasku i kuloodpornej kamizelce.

poniedziałek, 19 stycznia 2009
Kochana
Nie znałem tej piosenki, ale cieszę się, że udało mi się na nią trafić, bo jest piękna.




Przy okazji, dyskusja na YouTube kręci się wokół pytania: czy to o przyjaźni czy o miłości. Parę ciekawszych urywków poniżej, właściwie można by tę dyskusję wystawić w teatrze albo zaaranżować jako scenę w filmie. Wyobraźcie sobie...


Małe kino studyjne, kończy się teledysk, zapalają światła. Widzowie wychodzą z sali, słychać strzępy rozmów.

...
to dla ciebie agniesiu! kocham cie :*
...
magdalenajolanta
To piosenka o tym jak kobieta moze byc w zwiazku z kobieta w Polsce. Walka co dnia o milosc. Szacuneczek dla obu PAN - chyle czola
Phizkropkanakoncu
Cóż za pewność. Skąd ta pewność?
...
dla mnie jest to piosenka o wrażliwości kobiet, o tym, że tylko kobieta ma taką emocjonalność, która porusza...to tez piosenka o fantastycznym uczuciu między Przyjaciółkami
...
No ba! Nosowska i Przemyk to musi porazac, mamo to dla Ciebie k.c
...
kojarzy mi sie z moją przyjaciółką
...
hm. czy huśtawka w tym teledysku ma swoją znaną symbolikę, czy jest po prostu elementem dekoracyjnym? w malarstwie jest symbolem.. Miłości. Głównie fizycznej.
a piosenka- urocza. Była piosenką koleżanek, które były razem w czasie, gdy stała się polularna w naszym kręgu.
moohuka
Obie artystki są wykształconymi, oczytanymi osobami, więc założę się, że huśtawka jest tutaj nie przez przypadek. Ukryty przekaz. Tym ciekawszy wyraz ma utwór.
...
...bo wiem ze jesli zjawie sie to w progu bedziesz stac... - mysle ze tak wyglada prawdziwa przyjazn. Mam wielu znajomych, ale trudno nazwac ich przyjaciolmi=(
...
Piekne...slucham tego bedac tak daleko od Ciebie,Kochana Przyjaciolko.Czekam...
...
nienawidze tej piosenki.zawiera i budzi stanowczo za duzo emocji i wspomnien...
...
przyjaźń - jedna jedyna jebana rzecz, której kupić się nie da
..i miłości kupić się nie da
...
Piotrek (Włoszakowice) z Tobą chciałabym jej posłuchać...nadal kocham
...
Najwspanialsza miłość, to ta prawdziwa, niezależnie od płci. Wspaniały utwór uczący tolerancji i zrozumienia w tym homofobicznym, zakłamanym społeczeństwie, w którym szczęsliwe lesbijki, czy kochający się geje są gorzej odbierani, niż prawdziwy mąż Polak, który po niedzilenej mszy leje żonę bo zupa była za słona i gwałci ją bo akurat przyszła mu ochota na sex.
mateyko555
Homoseksualiści to zboczeńcy. Jeśli masz co do tego wątpliwości proponuję zajrzeć do słownika języka polskiego :) Nie mam nic do nich, niech po prostu nie obnoszą się ze swoim zboczeniem, i nikt ich nie bedzie dreczyl ani miec im tego za zle, wliczajac w to mnie.
Ciekaw jestem jaki to słownik określa homoseksualizm jako zboczenie. No cóż, do niektórych muzyka Nosowskiej nie przemówi. Szkoda.
...
Dla mnie to zawsze była piosenka o kobiecej przyjaźni. Bardzo lubię:)
o0ewuch0o
Genialna piosenka,uwielbiam:)

a do tych, co wypowiadają się powyżej:Czy naprawde myślicie,że jeśli kobieta kocha inną kobietę,to od razu jest to miłość cielesna, prowadząca do lesbijstwa czy homoseksualizmu? To jest kobieta przyjaźń,miłość,która łączy na zawsze,bo my baby,mamy ze sobą tak cholernie dużo wspólnego,że bez siebie mimo kochanych facetów - nie dały byśmy rady żyć:) Dlatego tak bardzo lubię tę piosenkę - brawo, dwa genialne głosy, genialny tekst.
CzarnaKulka666
Tu nie ma znaczenia czy ta piosenka jest o homoseksualnym związku.
Kochać się można bez względu na płeć.
A jeśli hetero się ,,liżą" na ulicy to dlaczego homo nie mogą?
Może Oni też nie chca by inni się obnosili,a wcale tego na ulicy nie robia.

A co do piosenki to oczywiście piękna ^^
Ehh...
A huśtawka oznacza wieczność... młodość,lata..
W kraju pełnym homofobów to prawdziwy znak tolerancji i zrozumienia.
Zgodnie ze słownikiem języka polskiego homoseksualizm jest zboczeniem. P.S. Nie jestem homofobem. Uważam że czegoś nienormalnego nie powinno się nazywać normalnym. Jeśli mają być dozwolone parady w których pokazują się homoseksualiści, pozwólcie na paradę innych zboczeńców(jeszcze raz polecam słownik języka polskiego).
fReakLady91
a z którego roku masz ten słownik?
masz jakiś kompleks, że co chwilę z tym słownikiem wyskakujesz? raz do niego zajrzał i już się chwali, że go ma...
karcias
to było odnośnie komentarzy mateyko555. co do samej piosenki... jest genialna. Od dwóch tygodni nie mogę przestać jej słuchać. A jeśli chodzi o jej interpretację to wg mnie nie może być jednoznaczna. Jedni spojrzą na nią jak na utwór o sile kobiecej przyjaźni, a inni o miłości, chociaż tak naprawdę to istnieje między nimi bardzo cienka granica.
...
Przemyk w wywiadach podkreśla, że jest to piosenka o prawdziłej kobiecej przyjaźni... Nawet jeśli Przemyk pisała tę piosenkę mając na myśli związek homoseksualny, to co? a jeżeli nawet! to jest to jedna z piękniejszych piosenek o miłości (przynajmniej w Polsce)...
...
Kropla tolerancji w morzu nienawiści.
tekst,muzyka,glosy i artystki niesamowite :-)artystki kocham za caloksztalt nie zadne gwiazdy tylko artystki! tak jest to piosenka o czystych uczuciah miedzy kobietami o przyjazni = milosci... bo miedzy nami kobietami jest zupelnie inaczaj niz miedzy chlopami...
Dla Sister mojej przekochanej ta piosenka... naprawde nie musze pytac czy otworzy bo zawsze stoi i czeka kocham kocham szkoda tylko ze jestesmy tak daleko od siebie i zwykle tylko telefon zostaje...
...
a kto powiedział, że to jest o homosexualiźmie?? gdzie macie choc jeden framengt który by jasno o tym mówił? ja myślę, że to zdecydowana nadinterpretacja.
A może ta piosenka jest po prostu o kobiecej przyjaźni? nie trzeba być od razu lesbijakami, żeby sie po prostu kochać jak siostry...
docha1980
ta piosenka jest o MIŁOŚCI
i taki jest mój jedyny komentarz


Napisy, w rolach głównych itd.
 
1 , 2 , 3