Zapiski pod wieloma względami emigranta
Zakładki:
Blogi gejowskie
Blogi niemieckie
Blogi obcokrajowe
Blogi rozmaite
Monachium
Pomoce emigranta
Racjonalizm, humanizm, ateizm
Różności
Ulubione radio
środa, 25 sierpnia 2010
Kto pyta, a kto nie pyta
Mąż pojechał służbowo do Warszawy, na dłuższy czas. I opowiada mi o swoich wrażeniach, a że ciekawe, więc może coś z tego streszczę. Ostatnim tematem była komunikacja w pracy czyli kwestia pt. "pytać nie pytać".

Różnice między Polską a Niemcami widać już w szkole. Córka koleżanki z pracy była na wymianie młodzieżowej gdzieś pod Wrocławiem. Bardzo jej się podobało, wróciła zachwycona krajem i ludźmi, tylko jedno ją zaszokowało. "Oni w ogóle się nie odzywają na lekcjach!", stwierdziła, "Nauczyciel od angielskiego cieszył się, że my byliśmy, bo z polskiej grupy nikt nie zadawał żadnych pytań".

Mnie to akurat nie zdziwiło. Pamiętam jeszcze atmosferę w szkole - nikt się nie odzywał, bo za "głupie pytania" albo nieprawidłową odpowiedź można było zabrać minusy. Ten, kto pytał, odsłaniał swoją niewiedzę i ryzykował, że nauczyciel a) uzna go za nieuka b) sam zacznie pytać. Dlatego lepiej było siedzieć cicho i nie wychylać się. Nasz niemiecki lektor na studiach rwał włosy z głowy, bo w dwudziestoosobowej grupie po zadaniu najniewinniejszego pytania zapadała cisza. W końcu nauczył się wyrywać studentów do odpowiedzi.

W Niemczech jest inaczej. Podobno już w szkole dostaje się oceny za aktywność. Jeśli ktoś się nie udziela, tylko siedzi i przeczekuje, to nie za dobrze wypada. Na zajeciach moi koledzy i koleżanki zadawali bez żenady najgłupsze pytania, a wykładowca bez mrugnięcia okiem na nie odpowiadał. Przecierałem oczy, bo jego cierpliwość wydawała mi się nadludzka. A tymczasem było to po prostu przyzwyczajenie i od dziecka wpojone przeświadczenie, że jeżeli ktoś czegoś nie wie, to trzeba mu to wytłumaczyć.

I to działa, nie tylko w szkole. W pracy jest tak samo. Nowy pracownik jest wprowadzany w swoje zadania systematycznie i szczegółowo, ma opiekuna, który przerabia z nim listę tematów, od tych dotyczących pracy do organizacyjnych typu "co zrobić, jak skończą mi się ołówki". Nowy pracownik ma prawo zawracać wszystkim głowę i nikt się nie dziwi. Czasem aż wstyd mi było, że ktoś mi tak wszystko tłumaczy, jak pastuch kozie. Ale pytań się oczekuje, wg zasady "Lepiej przyjdź i zapytaj, niżbyś miał zmarnować pół dnia na dowiadywanie się w inny sposób".

Mąź już bardzo się zniemczył, co tu ukrywać, więc podświadomie oczekiwał takiego podejścia do komunikacji w Warszawie. A tymczasem zaskoczenie. Jakieś tam wprowadzenie było, ale po łebkach na zasadzie "po co sobie zawracać głowę szczegółami". Na jedno, raczej ważne pytanie dostał odpowiedź: "A to ty nie wiesz?", wraz z sugestią, żeby sobie poszukał. A najśmieszniej wyszło, kiedy on z kolei coś tłumaczył koledze, który niedawno zaczął pracę. Tłumaczył z przyzwyczajenia tak jak w Niemczech, czyli jak krowie na rowie. Kolega słuchał, ale wydawał się lekko zniecierpliwiony. Pewnie czuł się młody, zdolny i atrakcyjny i nie rozumiał, czemu ktoś go traktuje jak drugoroczniaka.

Moja teoria: wymiana informacji w Polsce jest kwestią delikatną, trzeba uważać, żeby żadna ze stron uczestniczących w transakcji nie straciła twarzy. Dawca informacji musi ograniczać ilość informacji, żeby odbiorca nie poczuł się zlekceważony. Natomiast biorca nie powinien za dużo pytać, żeby dawca nie uznał go za ignoranta.

Konsekwencje różnic? W Niemczech bardzo dużą część czasu pracy zajmują spotkania, narady, maile i ogólnie wymiana informacji. Na naradach wybuchają dyskusje nt. najgłupszych detali, bo pracownicy nie boją się wyrażać własnego zdania. Czasem ma się dość ględzenia i chciałoby się wreszcie po prostu zabrać do pracy, zamiast lecieć na kolejne spotkanie. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko ględzenie się opłaca i jakość produktów na tym korzysta.

W Polsce? Komunikacja chyba troszkę kuleje, wiele rzeczy zostawia się na pastwę radosnej twórczości pracowników. Czas marnuje się gdzie indziej: wiele osób siedzi i próbuje coś tworzyć na własną rękę, żeby tylko nie musieć się poniżyć pytaniem o radę. Pamiętam, że w pierwszych miesiącach pracy tutaj wiele czasu zmarnowałem na wyważanie otwartych drzwi, właśnie dlatego, że nie byłem przyzwyczajony pytać. Jeszcze jeden przykład z opowieści męża: Na spotkaniu międzynarodowym Niemka zadawała mnóstwo pytań. Polki patrzyły na nią z lekkim poirytowaniem: po co pyta, przecież może sobie znaleźć odpowiedzi sama. Tyle że ona po naradzie już wszystko miała zapisane, a one dopiero musiały zabrać się za szukanie.

No i jak się podobało? Nie, lepiej nie odpowiadajcie :)